African Road Trip - relacja

African Road Trip Podróże 

Każda podróż jest ekscytująca. Każdej towarzyszy niepewność, podniecenie, ciekawość. Wydaje się, że to jedyna taka okazja do przeżycia przygody życia. Tak było też z nasza wyprawą African Road Trip wiosną 2015.

Ekipa African Road Trip w komplecie

 

Na kilka dni przed, jeszcze dopieszczaliśmy szczegóły wyjazdu. Godzina zero: czwartek 12 marca godzina 19.30. Zbiórka na lotnisku w Rabacie. 

 

Sześcioosobowa ekipa: Marek Warmuz z HollyCow, człowiek - przygoda, który zadbał o wszystkie szczegóły wyprawy. Anna Skura z bloga What Anna Wears. Justyna Gieleta - nasza nadworna fotografka. Daniel i Piotrek, dwie dusze towarzystwa, dzięki, którym nie było nudno oraz Martyna Skura, platynowa blondynka, która żyje w 20 kg bagażu (lifein20kg.com). Wszyscy są? Są! Ruszamy!

 

Dzień w Rabacie na załatwienie wiz mauretańskich. Zrobione. Kierunek południe. Jeszcze tylko krótki przystanek w Chill Villa pod Taghazout, gdzie dopakowaliśmy naszego zielonego surf vana. Spakowani, zwarci i gotowi! Pierwszy przystanek: Legzira Beach z łukami skalnymi, czyli jednym z cudów świata. Spacer po plaży, standardowe zdjęcia ze skokami w tle łuków, tadżin z ośmiornicy zjedzony. Przed nami długa droga do Sahary Zachodniej. Pierwsza noc spędzona na trasie w samochodzie. Krajobraz Sahary Zachodniej nie zmieniał się ani na chwilę. Bezkres pustyni, piachu, wydm i wybrzeże oceanu po prawej stronie. Afryka pokazuje własne oblicze, a my czujemy się przy niej niczym mrówki. W końcu to ona zadecyduje czy nasza wyprawa się uda, czy dotrzemy do celu. Afryka uczy pokory.

 

 

Przygoda nr 1. Nocleg pod rogatkami granicy Maroko-Mauretania. 

Zimno, ciemno i pełno tirów. Jeśli ktoś myśli, że w Afryce jest ciepło i chodzi się tylko w t-shirtach, to się grubo myli. Wszyscy przemarzliśmy na kość, zarówno śpiąc w samochodzie jak i w namiotach. 

 

 

Przygoda nr 2. Jazda na dachu busa przez 5 km ziemi niczyjej między Marokiem a Mauretanią! 

Dookoła tylko stare wraki samochodów, wielkie śmietnisko.  

Po przejechaniu 3 tysięcy kilometrów przez Saharę Zachodnią i Mauretanię znali już nas chyba wszyscy policjanci  i żołnierze stojący na check-pointach po drodze. 

 

Wybrzeże Sahary Zachodniej

 

Sahara Zachodnia

 

Przygoda nr 3. Koczowanie na granicy mauretańskiej. 

Zaczęła się prawdziwa afrykańska korupcja. 

Po tylu godzinach na granicy, mieliśmy nadzieję na jakieś "wow" w tej Mauretanii. Czego oni tam tak strzegą? Bezkresu pustyni, piachu, wydm i pól min przeciwpiechotnych. W tym kraju gwiazdy widać jak na dłoni. Nie ma wielkich miast, które rozświetlałyby niebo. Na naszej trasie minęliśmy tylko jedno miasto - Nouakchott (stolicę). Wjechaliśmy do niego tylko po to, aby wyrobić tam wizy senegalskie. Wizy są! Nie ma na co czekać, ruszamy!

 

Biwakowanie pod granicą

 

Przygoda nr 4. Dojazd do granicy Mauretania-Senegal. 

Mieliśmy do wyboru: albo jedno z najbardziej skorumpowanych przejść granicznych w Rosso, albo nieoznaczone nigdzie przejście w Diama. Wybraliśmy to drugie. Dojazd tam to 30 km off-roadu, przez groblę pośród bagien, gdzie guźce wybiegają pod koła, wjazd na wydmę przechyla naszego busa o 45 stopni. Samochód zmienił się w dom latających sztyletów tzn. jego cała zawartość odbijała się po ścianach, oknach, podłodze, suficie. Ubrania, torby, plecaki, jedzenie, włącznie z 30 jajkami (żadne się nie stłukło) były wszędzie. Czasem nie wiedzieliśmy, czy mamy się z tego śmiać, czy płakać. Czas gonił, bo przejście już zamykali. Gaz do dechy i pod granicę. Tam doświadczyliśmy chyba najgorszych godzin naszej podróży. Korupcji i łapówkom nie było końca.  Najpierw jakiś mundurowy ograbił nas z 50 euro za przejazd przez Park Narodowy. Następnie jeden strażnik, który bardzo nie chciał nas puścić oznajmił, że będziemy spać pod rogatkami granicy. Rozejrzeliśmy się dookoła, popatrzyliśmy po sobie i stwierdziliśmy, że nie ma takiej opcji. Sami pośród strażników i ludzi, którzy tylko czaili się na zawartość naszego samochodu. Nie ma szans! Udało nam się go przekupić zepsutym aparatem cyfrowym. Oczywiście tylko my wiedzieliśmy, że aparat nie działa. Po nim było jeszcze 2 strażników przekupionych starymi Nokiami i 6 posterunków celnych! Czego oni tam tak strzegą?! Udało się, wszyscy święci przekupieni i zadowoleni. Teraz jeszcze druga granica z Senegalem. Tam już nie poszło tak łatwo. Jadąc do Afryki przygotowywaliśmy się przez kilka tygodni: pakowanie, sprawdzanie pogody i warunków, planowanie trasy. Jednak nikt z nas nie przewidział bardzo istotnego czynnika wpływającego na organizację krajów i pracy w Afryce. Mianowicie Ligi Mistrzów! Na liście priorytetów strażników granicznych Liga Mistrzów była na pierwszym, a my na ostatnim miejscu. Była już noc, ciemno, wszyscy zmęczeni, a granica zamknięta. Marek wychodził z siebie, aby wydostać nas z tej granicy. Już nas strażnicy chcieli odsyłać do hotelu i kazali zostawić samochód na granicy i odebrać go rano. Chyba nie mielibyśmy po co wracać. Zawartość samochodu, jak i on sam, już dawno byłyby rozebrane. Znów nocujemy pod rogatkami? Nie ma szans. Chłopacy się spięli i przekonali strażników, aby nas puścili. Dostaliśmy 72. godzinną wizę przejazdową, a sami zostawiliśmy tam 550 euro łapówki. 

 

Nocleg w hostelu Zebra Bar prowadzonym przez Niemkę, zaraz przy plaży, w chatkach był czymś, na co zasłużyliśmy. Niesamowity Dakar, wyspa niewolników i oczywiście safari były na liście "must see" w Senegalu. Ale wszyscy czekaliśmy na…. 

 

 

Przygoda nr 5. Kąpiel w różowym jeziorze w Senegalu. 

Skoro świt wstałam, aby zobaczyć to jezioro. Moje rozczarowanie nie miało granic. W którym miejscu ono jest chociażby lekko różowe?! Byłam zła i zawiedziona, bo to był dla mnie najważniejszy punkt całego wyjazdu! Jednak Afryka zaskakuje! Im słońce wschodziło wyżej, tym bardziej jezioro nabierało koloru. Różowe jest od alg i sinic. Jest tak zasolone, że nie da się w nim pływać. Twoje ciało się po prostu unosi! Jakie było moje zdziwienie, gdy dałam nura i zamiast płynąć zostałam wypchnięta na powierzchnię. Zasolenie jest tak wysokie, że od razu po wyjściu z wody trzeba się umyć słodką wodą, inaczej na skórze wytrącają się kryształki soli i bardzo podrażniają skórę.

 

 

Przygoda nr 6. Safari w Parku Bandia.

Nie dało się jechać na dachu samochodu, ale wystarczyły otwarte drzwi. W parku nie ma drapieżników, zatem strażnik, który nam towarzyszył nie bał się o nas. Co tu dużo opisywać. Dzikie zwierzęta w swoim żywiole. My mogliśmy się im przyglądać.

 

 

Przygoda nr 7. Granica Senegal-Gambia

Znów trzeba przekraczać granicę. W ciągu całego wyjazdu pokonaliśmy ich wiele, nie tylko tych fizycznych między krajami, ale również tych ludzkich, granic wytrzymałości, cierpliwości, odporności. Ta miała być już tą ostatnią przed dotarciem do celu - Gambii. Znów off-road, znów wyboje, dziury, latające ubrania, plecaki, jedzenie w samochodzie, znów nam się spieszy. Poprzednie przejście graniczne było koszmarem, baliśmy się powtórki z rozrywki. A tu nagle zaskoczenie! Wszyscy strażnicy bardzo mili, mówią po angielsku, żartują sobie z nami, wymieniają adresami Facebook'a. Później już była tylko radość i entuzjazm. Jechaliśmy przed siebie pełni optymizmu, żartowaliśmy, śpiewaliśmy z radości. 

 

Przygoda nr 8. Wykopać samochód.

Gdzie teraz? Jinak - wyspa, gdzie mieliśmy odpocząć po tych dniach spędzonych w samochodzie, gdzieś w trasie. Ludzie kierują się w życiu rozumem albo sercem. W tamtej chwili  rozsądek schowaliśmy na samo dno naszych plecaków. Stwierdziliśmy, że skoro daliśmy radę pokonać 5 tysięcy kilometrów, to damy radę dojechać na wyspę po piaszczystych drogach. Tak czuliśmy. Afryka znów dała nam prztyczek w nos: "nie tak prędko!". W środku nocy zakopaliśmy się całymi kołami w piaszczystą drogę. W środku puszczy, w Gambii, z dala od cywilizacji, ciemno choć oko wykol. Nie po to jechaliśmy tyle kilometrów, żeby znów spać na dziko! Do roboty, team work! Dwie ekspedycje poszły zrobić rekonesans, czy jest w pobliżu jakaś pomoc. Obydwie wróciły z niczym. Łopata do odśnieżania, gałęzie, klucze samochodowe i lewarek w dłoń i odkopujemy samochód. Tarzaliśmy się w tym piachu przez kilka godzin. Mieliśmy jedną jedyną szanse, aby odpalić samochód i wyjechać z tej dziury. Team work nie zawiódł - udało się! 

 

Tej nocy zdołaliśmy tylko dojechać do portu, gdzie następnego dnia mieliśmy wsiąść na prom. Starczyło nam sił tylko na umycie zębów. Umorusani w pyle i piachu spaliśmy w samochodzie i na pobliskich ławkach. 

 

Przygoda nr 9. Przebiec półmaraton w Gambii.

Jedna z uczestniczek wyprawy - Anna Skura, wzięła udział w the Gambia Marathon, podczas którego jako ambasadorka biegu przebiegła 21 km wraz z innymi gambijskimi biegaczami. Bieg po lokalnych drogach, w słońcu i upale nie należał do najłatwiejszych, ale był dla Ani wielkim przeżyciem. Więcej możecie przeczytać na jej blogu www.whatannawears.com

 

Środki pozyskane z biegu wpierają lokalną szkołę podstawową w Birkamie. Placówka ma tylko 2 klasy, brak w niej bieżącej wody, a nauczyciele nie dostają żadnego wynagrodzenia. Nie ma w niej również miejsca dla wszystkich dzieci z okolicy. Podczas następnych wypraw będziemy się starać wspierać tę szkołę.

 

fot. Martyna Skura

 

 

Przygoda nr 10. Łodzią w sztormie na rzece Gambii.

Nadszedł czas opuszczać Gambię. Spędziliśmy tam ponad 2 tygodnie, poznaliśmy wielu wspaniałych ludzi, przeżyliśmy wiele radosnych i smutnych chwil. Trzeba się pożegnać. Znów trafiliśmy na przystań, tam, gdzie spaliśmy kilka tygodni temu umorusani w piachu, po nocnej akcji wykopywania samochodu. Najbliższy prom za 2 godziny, ale nasz lokalny znajomy Mohamed powiedział, że są jeszcze łodzie, które transportują ludzi na drugi brzeg rzeki. "Dobra, bierzemy" pomyśleliśmy. Afryka znów dała nam prztyczek w nos. W łodzi zmieściło się 15 osób i wszystkie nasze bagaże. Nawet dostaliśmy kamizelki ratunkowe. Szczęśliwi, że wyruszamy w kolejny etap podróży, szczerzymy się jak głupi do sera na myśl, że za chwilę będziemy już na drugim brzegu. Wtedy zaczęło silniej wiać, fale rosły, a nam strach zajrzał w oczy. Nie dalej, jak kilka dni wcześniej w wiadomościach mówili, że łódź z uchodźcami zatonęła podczas sztormu. Chyba nikt z nas tak się w życiu nie bał. Marek powiedział: "pamiętajcie, gdybyśmy się wywrócili, to najważniejsze są nasze paszporty!". Justyna pogodziła się z myślą, że tam zatoniemy. Ania dostała choroby morskiej. Ja przypominałam sobie podobną przygodę w drodze na Koh Phi Phi w Tajlandii podczas sztormu w sezonie deszczowym. Wtedy przeżyłam, teraz też dam radę. I udało się! Dopłynęliśmy cali, zdrowi i przemoczeni do suchej nitki na drugi brzeg. 

 

Przygoda nr 11. Droga do Dakaru i nocleg na dworcu. 

Po całej przygodzie ze sztormem i nieporozumieniami z Gambijczykami, chcieliśmy już wyjechać z tego kraju. Czuliśmy, że to najwyższy czas. O 23.00 pod promem stwierdziliśmy: "jedziemy do Dakaru". Tylko jeszcze przekroczyć granicę. Po naszych ostatnich przygodach z granicami nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać, ile to może potrwać i ile łapówki znów trzeba będzie dać. A już niewiele ze sobą mieliśmy. To był kolejny raz, kiedy Afryka nas zaskoczyła. Obeszło się bez żadnych problemów. Strażnicy byli bardzo mili i chętnie z nami gawędzili wypisując dokumenty. Już po stronie senegalskiej musieliśmy złapać jakiś transport do Dakaru. W Afryce popularne są większe taksówki, które mogą pomieścić 7 lub 8 osób. O północy w taką wsiedliśmy. Kierunek - Dakar. Po drodze oczywiście nie obeszło się bez dziur, skakania w samochodzie, niezmrużonego oka i nieprzespanej nocy. Ale dotarliśmy do celu o 4 nad ranem. No i co my teraz zrobimy? Do mieszkania nie mogliśmy się zameldować, bo było za wcześnie, za pół nocy w hotelu też nie chcieliśmy płacić. Byliśmy zmęczeni, a człowiekowi zmęczonemu nie robi różnicy, gdzie śpi. Rozłożyliśmy śpiwory i położyliśmy się spać na chodniku, na dworcu autobusowym w Dakarze. I tak spędziliśmy noc z Niedzieli Wielkanocnej na Poniedziałek Wielkanocny. Była to jedna z najlepiej przespanych nocy. Obudziliśmy się w tętniącym życiem Dakarze. Byliśmy większym szokiem dla lokalnych podróżnych, niż oni dla nas, nasze białe twarze wychylające się zza śpiworów na chodniku w Dakarze. 

 

I tak w Afryce spaliśmy w willach, mieszkaniach, hostelach, namiotach, pod gołym niebem, na plaży, pod rogatkami granicy i na dworcu.

 

Pozostało nam już tylko kilka dni na zobaczenie Dakaru, spotkania z ludźmi, których poznaliśmy będąc tu wcześniej i na odpoczynku. 9 kwietnia o 1.00 nad ranem wylatywaliśmy z Dakaru do Barcelony. Kończyliśmy pewien rozdział podróży, po to, aby zacząć nowy. 

 

Przygoda nr 12. African Road Trip - w tym się trzeba zakochać!

Ostatnia przygoda to zbiór wszystkich poprzednich. To 5 tys km przejechanej drogi, przygód, wspomnień, rozmów, emocji, żartów. To historia przygody życia, którą udało nam się w 6 osób przeżyć i nie zabić się nawzajem. To coś, co każdy z nas będzie wspominał inaczej. To też coś, co inni mogą przeżyć. Tak nam się spodobało, że chcemy tam wracać. Na czerwiec planujemy już kolejny wyjazd, na który mamy jeszcze wolne miejsca. Szczegóły możecie znaleźć na http://www.hollycow.pl/wyjazdy/gambia/

 

 

Martyna Skura, lifein20kg.com

Dziękujemy naszym patronom medialnym: portalowi monoloco.pl, portalowi my3miasto, Radiu Gdańsk, magazynowi Dolce Vita oraz kanałowi Travel Channel.

 

 

-------

 

Zdjęcia i poniższy film wykonane zostały przez Justyę Gieletę - link do jej fanpage na FB https://www.facebook.com/justynagieleta.photography

 

 


Podziel się




PODOBNE ARTYKUŁY