Azjatyka przygoda, każdej chwili szkoda

maniek Podróże  Z dzieckiem przez świat

Pewnego dnia doszliśmy do wniosku, że nic nas nie trzyma w jednym miejscu, że dom nie nasz a pracę można rzucić. Zamarzyło nam się po prostu jechać przed siebie, nie mieć zmartwień, a dobra materialne ograniczyć do totalnego minimum. Jako kierunek obraliśmy kraje Azji Poludniowo-Wschodniej.

Azjatyka przygoda, każdej chwili szkoda

Maks w autobusie do Hat Yai (fot. maniek)

I tak po niespełna roku od podjęcia decyzji wyruszyliśmy w podróż. Odwiedziliśmy Malezję, Tajlandię, Wietnam oraz Indonezję.

Byliśmy  pełni obaw czy dobrze robimy zabierając półtora-roczne dziecko w tak długą drogę, która była dla nas wyprawą w nieznane. Jedynym naszym doświadczeniem było kilka małych wakacyjnych wypadów. My -  dwójka amatorów - postanowiliśmy wyruszyć w świat. Pomimo sprzecznych uczuć byliśmy pełni pozytywnych emocji. Nie wiedzieliśmy, na ile czasu starczy nam pieniędzy. Nie myśleliśmy o powrocie, wiedzieliśmy, że kiedyś to nastąpi, ale wtedy liczyła się dana chwila i to, że jesteśmy w podróży, a przed nami nieodkryte (przez nas) lądy.

 

Byliśmy głęboko przekonani, że nasz syn również będzie czerpał z tej podróży dużo przyjemności, że będzie miał okazje obejrzeć egzotyczne zwierzęta, niejednokrotnie dotknąć je i nakarmić. I całe dnie spędzać na pluskaniu się w ciepłym morzu.

 

Dziecko w Azji

Pierwsze co nas zdziwiło, to zainteresowanie Azjatów naszym synkiem. Słodki mały blondyn robił furorę, każdy chciał go dotknąć, pogłaskać. Japońskie turystki zamiast fotografować Petronas Towers robiły sobie zdjęcia z Maksem.

Podróżowanie z małym brzdącem otwierało nam pewną furtkę, czasem było "kartą przetargową". Ludzie dostrzegali w nas coś więcej niż tylko turystę, na którym można zarobić. Zupełnie inaczej nawiązuje się wtedy kontakty. Tak bardziej... po ludzku. Często samochody zatrzymywały się, a motocykliści zawracali z drogi, byle tylko zobaczyć białe dziecko, porozmawiać, pomimo bariery językowej. Szczególnie często zdarzało się to nam w nieturystycznej miejscowości Songkhla w Tajlandii. Tam też poznaliśmy nauczycielkę z miejscowej szkoły. Zostaliśmy zaproszeni na lekcję angielskiego, którą prowadził pewien Irlandczyk. Maks ledwo wysiedział w ławce, chyba jeszcze nie był jego czas.

 

Nasz synek często był obdarowywany przez napotkanych ludzi różnymi słodyczami, owocami. Były to bardzo sympatyczne gesty. Maks świetnie się bawił zarówno z dorosłymi jak i z dziećmi. Wszędzie, gdzie się pojawiliśmy, był w centrum zainteresowania. Szczytem było chodzenie na czworaka z celnikami na lotnisku w Medan, mundurowi “porwali” go do służbowych pomieszczeń, a on patrzył się na nas przez szybę i wszyscy się śmialiśmy.

 

Mokre białasy

Zabawa zaczyna się już rano. Dość niewinnie zresztą. Dzieciaki szykują sprzęt: karabiny na wodę, wiadra i miseczki, węże ogrodowe i inne psikawki. Cel: zmoczyć do suchej nitki wszystkich dookoła. Skąd my to znamy? Przecież to nasz polski smingus dyngus! Z tą małą różnicą, że tutaj jest 30st w cieniu. Poranny czas można nazwać beztroskim polewaniem ludzi małą ilością wody. Ciekawe jest też smarowanie twarzy wodą z rozpuszczonym talkiem. Woda później wysycha i zostaje biały puder. Wtedy wszyscy wyglądają niczym Indianie idący na polowanie. Czasem można zaliczyć chlust z taką wodą i zamiast ładnych wzorków mamy białe plamy na całym ciele. Natomiast późnym popołudniem robi się ciekawiej. Po ulicach krążą wolno pickupy pełne rozbawionych osobników uzbrojonych w stulitrowe baniaki w wodą i miski. Dodajmy do tego głośną muzykę płynącą z samochodów i ludzi tańczących na ulicy. Każdy pije piwo. Każdy polewa wszystkich dookoła. Impreza na całego i aż do upadłego.

 

A jak my się w tym odnaleźliśmy? Z samego rana wybraliśmy się skuterem na pobliską plażę, zaliczyliśmy parę małych chlustów od dzieci. Było dużo śmiechu. Po miłym dniu, nieświadomi zagrożenia, postanowiliśmy podjechać do innej miejscowości na targ po owoce. I tu sprawa zaczęła się robić bardziej poważna. Miejscowi robili wszystko, żeby zatrzymać nasz motor, lub chociaż go spowolnić. Pijani ladyboye kładli się na drodze nie pozostawiając mi wyboru (przecież nie mogłem ich przejechać haha). Nie było szans ujść na sucho. I nie byłoby to może takie złe, gdyby nie to, że do miasta mieliśmy spory kawałek, a takie blokady były co 200 metrów. Zaczęło robić się nieciekawie, bo Maks płakał i zaczął trząść się z zimna, polewany co chwila lodowatą wodą. Więc dla nas zabawa się skończyła. Staraliśmy się unikać kolejnych ataków. Osuszając i ogrzewając w międzyczasie Maksa wróciliśmy na naszą plażę znanymi sobie mało uczęszczanymi drogami.

Tak właśnie w Tajlandii wita się Nowy Rok, inaczej Songkran.

 

Thongsala, świętowanie Songkran (fot maniek)

Niebo w gębie

Spotkałem się z wieloma opiniami, że to Malezja rządzi pod względem kulinarnym, jednak w tym kraju byliśmy dość krótko. Zaledwie dwa tygodnie na początku naszej podróży, kiedy to nieśmiało i z niepewnością kosztowaliśmy jedzenie, a później na samym końcu tuż przed wylotem nie było już na nic czasu. Za to w Tajlandii spędziliśmy prawie dwa miesiące i to ten kraj podbił bezapelacyjnie nasze kubeczki smakowe. My jesteśmy z tych, co uwielbiają jeść. Arbuz, ananas, kokos, papaya i wiele innych, słodsze niż miód, nie do opisania tak pyszne. Krewetki tempura maczane w sosie chili i ryby. Ach, najpyszniejsze jakie kiedykolwiek jedliśmy! Chicken fried rice, makarony z warzywami z sosem sojowym, i te zupy, te łakocie... Tajowie uwielbiają ciągle coś przekąszać, sprzedawcy uliczni są wszędzie. Na przykład do pociagu można wsiąść bez jedzenia, bo wiadomo, że na następnej stacji przez pociąg przejdzie kilka kobiet z pysznościami na rękach: sticky rice, kurczak satay i owoce na deser. Można by wymieniać bez końca, trzeba tu po prostu przyjechać i spróbować samemu. Bo oprócz ciekawej kultury, pięknych widoków i cudownych plaż Tajlandia to raj dla podniebienia. Ach i jeszcze mógłbym jeść bez końca wietnamskie spring rolls, na śniadanie, obiad i kolację.

 

Rajskie plaże i rybka Nemo

Oto recepta na niezapomniane przeżycie. Załóż maskę do nurkowania. Weź do ręki trochę chleba lub bułki, zaciśnij pięść. Wejdź do wody i idź przed siebie. Zanurz się i wystaw rękę. Za kilka minut będziesz miał dookoła siebie dziesiątki pięknych kolorowych ryb jedzących Ci prosto z ręki. Zielone, czerwone, żółte, w kropki i w paski. Mieniące się wszystkimi kolorami tęczy. Bezcenne. A gdzie? Na pewno na Koh Phangan, która dla nas jest numerem jeden. Łączy w sobie piękne prawie puste plaże, spokój i ciszę. A jak zapragniesz czegoś więcej, wsiadasz na skuter i możesz udać się w bardziej imprezowe rejony. Na przykład w okolice Haat Rin.

 

Nieprzyjemności

Wszystkie nasze podróże składają się głównie z miłych i przyjemnych przeżyć. Jednak czasem zdarzają się mało sympatyczne przygody. Nam przydarzyły się w sumie dwie. Pierwsza to kradzież w autobusie nocnym z Bangkoku do Surathani. Moja wina, trzymałem karty do bankomatu i pieniądze w jednym miejscu.  Szczęście w nieszczęściu, że nie skradziono nam dokumentów a z kard kredytowych nie zniknęły pieniądze. Ech... Człowiek uczy się na błędach, lecz wyłącznie swoich.

Druga to... zapalenie trójdzielnego nerwu twarzowego, przez trzy tygodnie męczył mnie ból głowy, oka, ucha i zęba. Udawałem twardziela i myślałem, że samo przejdzie. Aż mnie Dorotka wzięła za fraki i zawlokła do szpitala. Na szczęście leki pomogły i do dziś mogę się symetrycznie uśmiechać. Jak to się w ogóle stało? Wypiłem "Brain Freezer" czyli "Zamrażacz Mózgu" - sok owocowy, zamrożony i pokruszony, do kupienia w 7 Eleven na Khao San Road. Pycha!

 

Barwne plemiona

Mała miejscowość Bac Ha, na północy Wietnamu, położona wysoko w górach. Główny plac. Sobotni poranek. Oczy miejscowych skupione na mnie. A ja? Wypożyczyłem motor, nie jakiś tam skuterek z automatyczną skrzynią biegów, tylko najprawdziwszy motocykl. Powoli ogarniam temat. Sprzęgło, biegi, hamulec. I znów zgasł silnik. Po około piętnastu minutach kontroluję już maszynę. Ok, Dorotka i Maksio mogą wsiadać, jedziemy w góry. Droga długa i kręta, widoki przepiękne. Naszym celem jest targ Can Cau, czyli miejsce gdzie co tydzień schodzą się mieszkańcy okolicznych wiosek. Ci z dalej położonych często muszą wyruszyć o świecie, aby dotrzeć na miejsce. Tutaj muszę zaznaczyć, że kosze, które niosą na plecach są wypchane po brzegi i oczywiście bardzo ciężkie. Targ ten jest jedyną okazją do wymiany handlowej, spotkań towarzyskich jak i matrymonialnych. Nas on bardzo zachwycił, barwne stroje Flower Hmongów oraz innych pobliskich plemion robiły ogromne wrażenie.

 

Targ Can Cau (fot. maniek)

Księżycowe krajobrazy

Berastagi to małe miasteczko leżące u podnóża wulkanu. Naszym celem było zobaczyć ten twór natury z bliska. Warunek był tylko jeden - ładna pogoda. Szczęście nam sprzyjało, bo właśnie tego dnia było słonecznie. Droga na Sibayak była bardzo prosta, choć długa. Dobre kilka godzin marszu i znaleźliśmy się jakby na innej planecie. Wielkie szare kamienie, wydobywające się z sykiem gazy, świadomość tego, że stoi się na krawędzi krateru aktywnego wulkanu, i teoretycznie może nastąpić erupcja. Ech, ta potęga natury.

 

Rodzinka na krawędzi (fot. z archiwum Autora)

 

Rude i włochate

Dorotka zawsze lubiła zwierzęta człekokształtne, jako mała dziewczynka miała pluszaka - małą brązową małpkę. Jednym z jej marzeń było zobaczyć orangutany. W ich naturalnym środowisku można je spotkać w rezerwacie na Sumatrze. Wybraliśmy się na porę karmienia, by obserwować jak jedzą banany i piją mleko od swych opiekunów. Idąc tam nie wiedzieliśmy, ile orangutanów zejdzie tego dnia na posiłek, ponieważ czasem przyjdzie jeden, czasem dziesięć a są dni kiedy nie ma żadnego. W drodze powrotnej czekała na nas miła niespodzianka, gdyż prosto z dżungli wyszła samica z uczepionym jej futra maluszkiem. Niesamowite, bo takie zwierzęta niecodziennie ogląda się na wyciągnięcie ręki.

 

Lecz później przyszła refleksja, czy wchodząc do dżungli nie naruszamy ich terytorium? Czy ludzie swoją obecnością nie psują ich środowiska? Z drugiej strony gdyby nie turyści, to tych sympatycznych rudzielców pewnie by już nie było, bo w tym miejscu wyrosłyby plantacje lub coś innego przynoszącego zyski.

 

Samica z małym (fot. maniek)

 

Garść przemyśleń

W tak zwanym normalnym życiu mało jest czasu na rodzinę, na spędzanie go razem, my zafundowaliśmy sobie coś, na co niewielu może sobie pozwolić - czas właśnie. Przez te niespełna cztery miesiące włóczęgi po Azji bardzo się zżyliśmy, nauczyliśmy się być razem i czerpać z tego przyjemność. Wyrwaliśmy się ze schematu “normalności”. Nabraliśmy też większego dystansu do rzeczy materialnych, są tylko rzeczami, a to co mamy najcenniejszego, to siebie nawzajem. Choć już teraz nie wyprzedamy całego domu, bo wiemy jak dla naszych dzieci ważne jest miejsce, do którego zawsze wracają. Na początku była to dla nas wielka wyprawa, pod koniec byliśmy po prostu na fajnych wakacjach, bo okazało się, że podróżowanie z dzieckiem nie jest wcale żadnym wyczynem.

 

Ceną za to wszystko nie były tylko pieniądze, to była niepewność, czy poradzimy sobie zaczynając wszystko od zera, nowa praca, nowy dom, nowe wyzwania, sporo stresu. To była cena, którą warto było zapłacić, po tysiąckroć! Bo przez ten czas zobaczyliśmy, jak piękne jest podróżowanie, słowem, złapaliśmy “podmuch w żagle”. My przeżyliśmy przygodę życia, podczas gdy na starych śmieciach nic się nie zmieniło - a co niby miało się zmienić?! Idąc ulicą i spotykając znajomych czujemy, jakby nie było nas tu dosłownie sekundę. Sekundę, która trwała dla nas 112 dni nieustającej przygody.


Podziel się




PODOBNE ARTYKUŁY