Ekwador - zapach oceanu, gór i orientu

Justyna Romanowska Podróże 

Ekwador to niezaprzeczalnie król równika. Choć niewielki, kraj ten charakteryzuje się ogromną różnorodnością fauny, flory, a także krajobrazów. Jeśli spojrzeć na mapę, Ekwador uraczy nas kolorowym zawrotem głowy.

Zbiory ostrych papryczek aji. 

 

Zachodnie wybrzeże – Costa z wręcz upojnym błękitem oceanu przyciągnie amatorów relaksu i plażowania. A stąd po prawdziwą egzotykę wystarczy już tylko sięgnąć, udając się w stronę Galapagos, gdzie legwany i żółwie leniwie czekają na żądnych intensywnych doznać pasjonatów przyrody. Za to serce Ekwadoru – Sierra­ bije w andyjskim rytmie. Krajobraz Sierry to górskie szczyty, wieczne śniegi i wulkany, których mityczne nazwy, takie jak Cotopaxi (5897), Chimborazo (6310), Cotacachi (4939) czy Imbabura (4609) przywołują na myśl dawne egzotyczne ludy i ich odległe światy. Ekwadorskie wulkany uwodzą swoim pięknem i niedostępnością.

 

Można przejechać cały kraj wzdłuż, podążając szlakiem wulkanów, a dla większych śmiałków istnieje także możliwość wspinaczki na niektóre z nich. Nie trzeba jednak zdobywać ich ośnieżonych szczytów, żeby poczuć majestat wulkanów. Wystarczy znaleźć się w jednym z niewielkich miasteczek Sierry, u podnóży tych śpiących kolosów, aby dostrzec swoistą tajemnicę, którą w sobie kryją. 

 

Jednym z takich miejsc jest Otavalo, miasto Indian Quechua, nad którym pieczę sprawują dwa wulkany – Imbabura i Cotacachi. Według indiańskich wierzeń Imbabura to ojciec, a Cotacachi to matka, dwa zakochane w sobie olbrzymy. Każdego dnia Otavalo budzi się do życia pod czujnym spojrzeniem wulkanów-rodziców, w powietrzu czuć ich zimne oddechy, dlatego Indianie okrywają się ciepłymi ponczami z alpaki, a brak tropikalnego słońca kompensują feerią barw na jednym z największych targów rękodzieła, który odbywa się właśnie tutaj, na Plaza de Ponchos. Od ilości kolorowych straganów może zakręcić się w głowie, szczególnie w soboty, kiedy do Otavalo ściągają artyści rękodzielnicy ze wszystkich zakątków Ekwadoru i wielobarwny targ rozrasta się poza obszar głównego placu, wciskając się w pobliskie uliczki i zakamarki. Kupić można naprawdę piękne rzeczy, takie jak wspomniane poncza z wełny alpaki na zimne poranki i wieczory, jaskrawe szerokie spodnie w paski, koce, torby, obrusy, ręcznie wyplatane hamaki we wszystkich kolorach tęczy i niezliczoną ilość biżuterii, figurek i pstrokatych andyjskich lalek. Nie brak też rzeźb przedstawiających inkaskie bóstwa, pięknie zdobionej ceramiki oraz płyt z etniczną andyjską muzyką. Z tego targu nie da się wyjść z pustymi rękoma. Gwarantuję, że każdy znajdzie tu coś, czemu nie będzie się mógł oprzeć. Nie można się też oprzeć urokowi andyjskich Indianek, które wciąż noszą swoje tradycyjne stroje, różne w zależności od plemienia.

 

Jeden z kolorowych straganów w Otavalo.

 

Przyglądam się więc kobietom w białych bluzkach z koronkowo-falbaniastymi rękawami, w prostych ciemnych lub kolorowych spódnicach, z melonikami na głowach i typowymi otwartymi czółenkami na cienkiej podeszwie, ze sznurkiem, który obwiązuje się wokół kostek. Jeszcze inne mają narzucone na ramiona duże, jasne bądź ciemne, chusty, długie włosy związują w kucyk obwinięty paskiem ozdobnego materiału, a na szyjach noszą rozliczne sznury niewielkich koralików. W tej barwnej atmosferze upływa dzień, a wieczorem, zamiast straganów z rękodziełem, na Plaza de Ponchos pojawiają się budki z jadłem. Gra muzyka, a z dużych garów poustawianych na prowizorycznych kuchenkach wydobywają się nęcąco przyjemne zapachy. W andyjski wieczór nie ma chyba nic lepszego niż talerz gorącej, gęstej zupy z słusznym kawałkiem mięsa, z yuką, platanami, marchewką, cebulą i kolendrą, a w wersji dla odważnych z dodatkiem popcornu. Tak! W Ekwadorze popcorn ląduje w zupie, tak jak u nas chrupkie grzanki. Gorące potrawy rozgrzewają, andyjska muzyka energetyzuje, a wulkany czuwają – i tak niezmiennie, od lat.

 

W selwie. 

 

Poza regionami Costa i Sierra, Ekwador może poszczycić się jeszcze dziką, amazońską selwą, czyli położonym we wschodniej części kraju regionem Oriente. To zupełnie inny świat, z jednej strony krzykliwy i tłoczny, a z drugiej spokojny i niezgłębiony. To tutaj znajdują się Parki Narodowe Cuyabeno i Yasuní, a także objęte ochroną terytorium Indian Huaorani, wciąż dzikich i nieujarzmionych, nieustannie budzących postrach wśród innych indiańskich plemion. Niestety to również tutaj międzynarodowe koncerny przeorały niegdyś dziewiczą ziemię ropociągami, których z każdym rokiem zdaje się przybywać. Ludzie zachodnich cywilizacji dawno zdążyli zapomnieć, że Ziemia jest domem człowieka, więc – tak po prostu – należy o nią dbać. Zapomnieli o tym nawet niektórzy Indianie, coraz to bardziej wciągani w miejskie życie, gdzie prym wiedzie rozpalona żądza bogactwa i sukcesu, suto zakrapiana alkoholem. Ale głęboka selwa pozwala ujrzeć inną przestrzeń, taką, w której króluje harmonia pomiędzy ludźmi – dziećmi dżungli, a naturą – Matką Ziemią, przez Inków nazywaną Pachamama. Amazonia pozwala zatracić się wśród swoich wartkich rzek, potężnych drzew i niezbadanych ścieżek. To tutaj człowiek otacza się przepiękną kakofonią dżunglowych dźwięków i wtapia się w parny, tropikalny świat. A dżungla, jak czuła matka, karmi, oczyszcza, daje schronienie, kołysze do snu i budzi każdego dnia, wciąż tak samo i wciąż na nowo. Tylko życie zgodne z jej rytmem pozwala przetrwać w tym, skąd inąd, rajskim piekle, bo braku szacunku wobec jej praw dżungla nie wybacza. Tak jak może otoczyć wędrowca opieką i zamknąć go w bezpiecznym uścisku, tak samo bez chwili zastanowienia może go doprowadzić na skraj obłędu, a potem bestialsko zgładzić. Pomimo strachu, jaki we mnie wzbudza, selwa jest dla mnie jak narkotyk. Jakiś niesamowity instynkt każe mi iść coraz głębiej, jak najbardziej wtapiać się w indiańskie życie i coraz intensywniej doświadczać tego odmiennego świata.

 

Most ku dżungli.

 

Po pobycie w Andach wyruszam więc po raz kolejny już w stronę tajemnego ekwadorskiego Orientu. Tutejsze, na swój sposób urokliwe, miasteczka stanowią wrota do dżungli. Z każdego z nich można wyruszyć w głąb nieprzeniknionego lasu równikowego. Odwiedzam Baños, którego gorące źródła i rozległe przepaście idealnie nadające się na ziplining (zjazd na linie, tyrolka) odbierają dech. Zatrzymuję się w miejscowości Tena, w której można wypić sok z setki egzotycznych owoców, a jeśli ma się żyłkę do hazardu, obstawić mecz ekwadorskiej siatkówki, od lat rozgrywanej na płycie dworca autobusowego. W końcu docieram do miasta Coca, leżącego u styku dwóch rzek: Río Napo i Río Coca. Tutaj, w szaleńczym zgiełku, udaję się na lokalny targ, gdzie zjadam zupę na kurzych łapkach, wręcz perwersyjnie doprawioną szatańsko pikantną papryczką ají. A potem dalej, do maleńkiego Pindo z rozwalającymi się domostwami, w których osiedlili się Indianie, którzy zapragnęli poznać świat poza dżunglą. Życie się tutaj nie toczy, życie tutaj stoi, tak samo jak ciężkie powietrze. W zakratowanym sklepie można kupić głównie gumę do żucia i piwo, którego zwolenników niestety nie brakuje. Indianie-hybrydy (czyli ci, którzy nie należą już do dżungli, a miasto zdążyło ich już przeżuć i bezceremonialnie wypluć na przysłowiowy margines) snują się po pustych ścieżkach, mętnym wzrokiem omiatając nowy, „lepszy” świat. To miejsce wydaje mi się jakby niewłaściwe, zbyt przytłaczające, szybko zostawiam je za sobą. 

 

Przeprawa rzeką to niekiedy jedyna dostępna opcja w selwie. 

 

Wędruję w stronę rzeki, żeby chybotliwym czółnem dotrzeć TAM, daleko w selwę, prosto do swoich korzeni. Odtąd szlak będą wyznaczały rzeki, takie jak Tiputini, Tihuacuno, Wagrani, Tivacuno. Odtąd również będą mi towarzyszyli Indianie Kichwa (jest to odrębna grupa zamieszkująca region Oriente, w przeciwieństwie do Indian Quechua z regionu Sierra; mówią podobnymi, ale jednak różniącymi się od siebie językami, a i charakter mają inny). Młodzi – ciekawi nowego i podatni na miejskie wpływy oraz starzy – jakby zatrzymani w czasie, idealnie scaleni z dżunglą i potrafiący w niej odnaleźć wszystkie niezbędne do życia elementy.

 

Ekwadorska selwa, spokój i siła w jednym. 

 

Płyniemy parę dni z postojami na nocleg, aż wreszcie docieramy do jakiegoś zapomnianego kawałka dżunglowej ziemi, gdzie spędzimy kolejne tygodnie. Nie mamy ze sobą wiele, cały nasz dobytek to stara rybacka sieć, przedpotopowa strzelba z zaledwie trzema nabojami, maczety, trochę platanów i yuki. To tak mało, a zarazem tak dużo. Śpimy na prowizorycznych posłaniach, które Indianie sprawnie sklecili z pni drzew. W błyskawicznym tempie przygotowali też paleniska. Kobiety przyrządziły napar z guayusy, który pobudza i odgania sen, bo dzisiejszej nocy mężczyźni wyruszą na polowanie. Zdobywanie pożywienia jest głównym zajęciem w dżungli. O pokarm walczy tutaj każda żywa istota, a nie jest łatwo, dlatego dobrzy myśliwi to bogactwo wioski. Dieta Indian jest co najmniej monotonna, choć oni sami chyba nie odczuwają tego w ten sposób, bo w dzikim świecie nie liczą się walory smakowe, tylko pełny brzuch. Podstawowe pożywienie to ryby, najczęściej podawane w formie wodnistej, nieprzyprawionej zupy, w której pływają wszystkie rybie części, a do zagryzienia yuka i platany. To samo na śniadanie, obiad i kolację – po paru dniach staje się to przyczynkiem do kulinarnego obłąkania, a sklepu z kawałkiem chleba w pobliżu brak. Może dlatego upolowana któregoś dnia małpa zamiast przestrachu wywołała we mnie ociekającą ślinką radość. W Ekwadorze jadałam już podobne rarytasy, tłuste pędraki bryzgające równie tłustymi sokami po rozgryzieniu, wnętrzności gryzoni czule zawinięte w palmowe liście, kwaśne mrówki czy lokalny przysmak w postaci świnki morskiej, w Ekwadorze znanej pod nazwą cuy. Dlatego też w panującej od dłuższego czasu kuchennej stagnacji małpa wydała mi się miłym urozmaiceniem. Wniosek ten szybko okazał się bardzo mylny, dzisiaj już wiem, że małpa nie została stworzona po to, by ją jeść. Jej mięso jest twarde, łykowate i śmierdzące, a dodatkowo Indianie serwują ją nie inaczej jak w zupie!!! Jedzeniowe smutki topię więc w wyśmienitej chichy, czyli indiańskim napoju z przefermentowanej yuki (nie chodzi tu o znaną nam roślinę ozdobną, tylko o bulwę manioku jadalnego).

 

A na obiad małpa.

 

Indiańskie życie w selwie biegnie bez pośpiechu, czas wyznaczają wschody i zachody słońca, nic więcej. Jesteśmy jak jeden, niepodzielny organizm, prywatność nie istnieje, jesteśmy komórkami tego samego ciała. Indianie i ja, czuję się dzieckiem dżungli, nieporadnym, strachliwym, wymagającym opieki, niekiedy zażenowanym własną odmiennością (jestem największym członkiem plemienia) i słabością (w dżungli poruszam się wolniej niż najstarszy Indianin), ale jednak będącym częścią tego pierwotnego ogromu. Żyję tak jak oni, Sacha Runa – ludzie dżungli i nie oddałabym tego doświadczenia za żadne inne. Pomimo całego trudu, bólu i strachu, to właśnie w selwie poznałam co to odwaga, to właśnie tutaj czuję, że żyję. Nawet wtedy, kiedy nieustannie przez długie dni z nieba leją się hektolitry wody, a my, ciało przy ciele, próbujemy ogrzać swoje zziębnięte istnienia, zresztą bez większego skutku. Nawet kiedy wędrujemy i przez pewien czas nie ma dostępu do wody, więc idę brudna, spocona, sponiewierana tropikalną spiekotą, której nieodmiennie towarzyszy zmęczenie i głód. Nawet wtedy, gdy podczas snu obłazi mnie robactwo wszelakie, zupełnie nie reagujące na mój złowieszczy krzyk. Ani nawet wtedy, kiedy zaczyna mi dokuczać gryząca samotność w obliczu tego, że wciąż jeszcze nie rozumiem indiańskiego narzecza, więc często umyka mi to, co istotne, zostawiając mnie na chwilę poza grupą. Jednak to wszystko blednie i przemija, kiedy Indianki gładzą moje włosy, wydrapują jad z małych ranek pozostawionych przez krwiopijcze insekty (można by powiedzieć, że to takie serdeczne iskanie), podtykają słodkie banany do ust i pod koniec dnia mówią do mnie: „dobranoc córko”. Odpowiadam: „dobranoc indiańskie matki” i czuję, że jestem w domu. 


Podziel się




PODOBNE ARTYKUŁY

Galapagos

Galapagos

Galapagos! Wizytę na wyspach Galapagos włączam do podróży dookoła świata. O ile jednak Australia i Nowa Zelandia od dawna zajmowały miejsce w moich podróżniczych planach, o tyle wyspy Galapagos były czymś nierealnym, czymś, co...

Mariola Wójtowicz Mariola Wójtowicz
13 czerwca 2015
Czary króla dżungli

Czary króla dżungli

- Król dżungli potrafi płatać figle – mówi z pełnym przekonaniem i powagą mój przewodnik.- Mnie samemu kiedyś robił psikusy – słyszałem bardzo wyraźnie odgłosy maczety uderzającej w pnie drzew chociaż wiedziałem, że...

Ola Radzio Ola Radzio
31 lipca 2013