Rozmowa z Jakubem Mielnikiem, autorem książki "Kronika końca świata"

Aneta Dziankowska Podróże  Wywiad

Jakub Mielnik pracował jako dziennikarz wielu redakcji radiowych i prasowych od „Gazety Wyborczej” i „BBC” po „TOK FM”, „Przekrój”, „Polska The Times”, „Wprost” czy „Focus”. W Londynie odbywał staż dla agencji Reuters, na Tajwan dostał się zaproszony w ramach stypendium Broadcasting Corporation of China, publikował także w „Polityce” i „Newsweeku”. Praca reporterska zaprowadziła go w różne zakątki świata. Irak, Filipiny, Laos, Kambodża, Chiny, Japonia, Ukraina, Indonezja i Afganistan - to tylko niektóre z tych miejsc. W kontakcie to bardzo rozgadany i pogodny człowiek. Jego opowieści słucha się z wielką przyjemnością, ponieważ zawierają dużą dawkę humoru oraz dystansu do siebie i otaczającej nas rzeczywistości.

Jakub Mielnik

Po 11 września partyzantów z GAM zakwalifikowano do islamskiej międzynarodówki, walczącej o stworzenie kalifatu, rozciągającego się od Maroko po Filipiny (fot. Jakub Mielnik)

 

Z wykształcenia jesteś historykiem z zawodu dziennikarzem.  Czy to dzięki podróżom się nim stałeś?

Dziennikarstwem interesowałem się od dziecka, słuchając radia Wolna Europa czy BBC, które opowiadały o świecie więcej i lepiej niż PRL-owskie media. Spisywałem podsłuchane w BBC relacje z wojny iracko–irańskiej i robiłem z tego własną gazetkę, zanim czujna nauczycielka nie ostrzegła mnie, że w stanie wojennym można sobie z tego powodu narobić kłopotów. Podróżować zacząłem dopiero z końcem lat 80-tych, ale wtedy wyjeżdżanie w świat ciągle było jeszcze pewnego rodzaju wyczynem, wymagającym zdobycia paszportu, wiz do krajów, do których dziś podróżujemy na dowód osobisty i pieniędzy.

Gdy skończyłem studia, czyli na początku lat 90-tych, naturalną koleją rzeczy trafiłem do mediów. Mając do wyboru posadę nauczyciela historii, bez większego wahania zostałem dziennikarzem.

 

Pierwsze Twoje wyjazdy miały związek z posadą czy były na własną rękę?

Zaczynałem w nieistniejącym już piśmie muzycznym „Music Glob”, które wysyłało mnie w delegacje na różne koncerty za granicę. Pamiętam jeden wyjazd do Pragi. Grał tam wtedy zestaw zespołów Soundgarden, Faith No More i Guns n’ Roses. Główną gwiazdą był oczywiście skład Guns n’ Roses, który w Polsce stał się potwornie popularny, mimo że według mnie grał fatalną muzykę. Zjechałem ich strasznie w soczystych słowach, pisząc jednocześnie bardzo pochlebne recenzję mniej wtedy znanych, choć znakomitych grup Soundgarden i Faith No More. Wywołało to dyskusję w radiowych audycjach muzycznych na temat tego, czy tak wypada pisać o muzyce. To był mój pierwszy wyjazd służbowy. Kilka kolejnych lat to była reporterska nauka zawodu, najpierw w Gazecie Wyborczej a potem w Radio „S”. Zajmowałem się abecadłem dziennikarskim, czyli dziennikarstwem kryminalnym chodziłem do sądu obserwować rozmaite procesy, najczęściej barwne sprawy kryminalne – to były dzikie lata 90-te, bandyci strzelali się na ulicach a wieczorami pili ze znanymi politykami. Później pojechałem na staż do Agencji Reutera w Londynie, od czego tak naprawdę zaczęła się już  praca reportera za granicą.

 

Czy nie jest trochę tak, że miejsca, do których docierałeś nosiły wyraźne znamiona destrukcji, coś konkretnego się w nich właśnie w tym czasie działo. Były punktami zapalnymi na mapie świata. Złączenie tego w jedną całość daje odbiór świata jako ciągłej zmierzającej w kierunku końca?

To co opisuję w książce, to nie są wyjazdy turystyczne, one nigdy nie miały charakteru rekreacyjnego, nie chodziło w nich o kontemplację wspaniałości  otaczającego świata. Jednocześnie staram się unikać pozy nieugiętego reportera, przedzierającego się przez super niebezpieczne miejsca, gdzie wciąż ktoś czyha na moje życie. To nie jest powieść, w której jestem dzielnym bohaterem, wręcz przeciwnie, taka postawa to wdzięczny temat do kpiny i chciałbym, żeby tak to było odczytywane. Półki księgarskie pełne są książek niezłomnych reporterów i dzielnych podróżników, przedzierających się w pocie czoła przez dzikie i niebezpieczne tereny. Uznałem, że napisanie kolejnej podobnej historii o egzotycznej wspaniałości, mnichach osiągających nirwanę i kulach świstających reporterowi nad uchem nie ma sensu. Miałem zupełnie inne doświadczenia, i to one wydały mi się warte opisania.

 

Z pewnością większa część podróżników, którzy wyruszają w świat w celach głównie poznawczych, chce odnieść doświadczenia do własnej osoby. Stworzyć dystans między sobą a nową otaczającą rzeczywistością. Na tej podstawie budują własny rozwój duchowy. I tymi wnioskami i przeżyciami później mają ochotę dzielić się z innymi. W Twoim przypadku to, bez dorabiania zbytecznej ideologii, praca miała wpływ na wyjazdy, a w konsekwencji pisanie. Jak długo one najczęściej trwały. Tydzień, miesiąc?

Są miejsca, w których spędziłem dużo czasu, żyjąc rok normalnym, lokalnym rytmem. W takim wypadku szybko przestaje się być przybyszem, który za moment się spakuje i pojedzie dalej, ma się swój sklep spożywczy na rogu, kilka knajp, w których się bywa i jest rozpoznawanym i podobnie jak wszyscy miejscowi zaczyna się narzekać miejscowe niedogodności. Bywają też krótsze wyjazdy, które są nastawione na konkretne wydarzenie i z racji wykonywanego przeze mnie zawodu są bardzo intensywne. Wielu ludzi żyjących dla samej przyjemności podróżowania, nawet bardzo mocno zaangażowanych w jakieś historie i tematy, siłą rzeczy nie ma  szansy przebić się przez pewne bariery, które ja pokonuję będąc zawodowym dziennikarzem. Jadę z oficjalną akredytacją, mając dostęp nie tylko do ludzi na ulicy, ale i do polityków, analityków, wojskowych itp. To pozwala spojrzeć inaczej na sprawy, które są często przedmiotem nieco powierzchownych zachwytów i fascynacji. Gdy się jednak konfrontuje różne źródła wiele z tych zjawisk okazują się być znacznie mniej zachwycającymi.

 

Kronika końca świata

Umieszczona przez ofiary kataklizmu tablica z napisem: Uwaga! Tu jest wioska Lambadeuk, proszę niczego stąd nie zabierać. Dziękujemy! (fot. Jakub Mielnik)

 

Czyli w myśl panującego przekonania – trawa jest bardziej zielona tam, gdzie nas nie ma?

Mamy tendencję do ciągłego narzekania na temat tego, jak jest źle i  jacy wszyscy są źli, głupi i nieudaczni. Idealizujemy za to miejsca zgodnie z zasadą im dalej, tym bardziej idealnie. A tak naprawdę na pewnym poziomie, na drugim końcu świata, jest tak samo jak u nas. Okoliczności geograficzno-klimatyczne mogą być różne, kulturowa otoczka może też niekiedy być zaskakująca, ale na takim podstawowym ludzkim poziomie, to wszędzie jest podobnie: równie wspaniale i równie beznadziejnie.

 

Czy czas pobytu był zawsze dookreślony w momencie wyjazdu?

Różnie. Jadąc do Iraku tuż po amerykańskiej inwazji nie wiedziałem, jak długo tam zabawię, bo kraj był rozwalony na kawałki, nie było tam nic: prądu, internetu, komunikacji. Na wyjazd dostałem w redakcji parę tysięcy dolarów w gotówce, poupychałem je w różnych miejscach garderoby, żeby nie stracić wszystkiego. Dopóki tam się dało jakoś bezpiecznie funkcjonować, nie narażając się niepotrzebnie, siedziałem tam i pisałem. Później atmosfera zaczęła się zagęszczać i uznałem, że trzeba wracać, bo żadna historia nie jest warta utraty zdrowia albo życia. To był taki otwarty wyjazd, bez biletu powrotnego. W innych przypadkach data powrotu była z góry określona i wiadomo było, że muszę się w jakimś czasie zmieścić, żeby konkretną historię przywieźć. 

Tempo jest istotnym elementem „Kroniki”, bo dziś świat poznajemy w takim właśnie tempie. Nawet zawodowo podróżując z dziennikarską ciekawością świata, nie ma czasem możliwości pochylenia się nad jakąś historią głębiej i ja staram się opisać także ten pęd i nagromadzenie.

 

Kronika końca świata ma nie odnosić się do oczekiwań, które powstają w nas przed różnymi wyjazdami. A tak z czysto ludzkiego podejścia, zapewne jakieś musiałeś mieć? Jakie szczególnie okazały się zaskoczeniem w konfrontacji z miejscem?

Największe zaskoczenie?  O nim nawet nie ma w książce. To taki trochę inny etap mojej działalności zawodowej, związanej z nieco bliższymi nam rejonami a wcale nie mniej egzotycznymi. Dotyczyło to moich wyjazdów na Ukrainę, które zaczęły się po Pomarańczowej Rewolucji. Byłem tam kilka razy i dosyć mocno wgryzłem się w ten kraj. Zawarłem zawodowe znajomości z Julią Tymoszenko, którą spotkałem w różnych odsłonach i jako premiera i jako liderkę opozycji. Również spędziłem trochę czasu jeżdżąc po Ukrainie z Witalijem Kliczko, zawodowym bokserem i politykiem, odbieranym przez rodaków nie tylko jako gwiazda sportu ale i bohater narodowy. Ukraina była dla mnie sporym zaskoczeniem, bo wyobrażałem sobie ten kraj jako wielki postsowiecki kołchoz z Kijowem jako brzydkim i ponurym socrealistycznym molochem. Tymczasem to kosmopolityczna metropolia o wspaniałej architekturze, na europejskim pod każdym względem poziomie. W Kijowie okazało się, że poszukiwanie egzotyki na drugim końcu świata jest złudne, bo mamy pod bokiem fascynujące kraje, o którym nic tak naprawdę nie wiemy. To jest warte opisania, ale w „Kronice” tego nie ma, bo tam narracja i tak jest gęsta, byłoby za dużo grzybów w tym barszczu, gdybym dopakował ją jeszcze opowieściami z Ukrainy, Gruzji czy Armenii…

 

Nasuwa się zatem klasyczne pytanie przy okazji wydania książki, czy będzie kolejna?

Pewnie tak, ale pomysłu muszą się uleżeć. „Kronika” biznesowo była niemądrym rozwiązaniem, bo zamiast pakować tyle wątków w jedną książkę, powinienem z tych materiałów narobić z pięć książek. Ale z rozmysłem zrobiłem odwrotnie, żeby nie rozrabiać w najdrobniejszych szczegółach każdego źdźbła trawy, które podeptałem i skupiać się na wycinku rzeczywistości. To miało być opisanie świata na przełomie XX i XXI wieku, trochę tak, jak setki lat temu zrobił to Marco Polo. To jest kanon literatury reporterskiej. Autor pisze np., tak: „przybyliśmy z braćmi do miasta X i spędziliśmy 10 lat ucząc się języka i poznając miejscowe obyczaje”. Marco Polo poświęca tym 10 latom tylko jedno zdanie a dziś byłaby z tego gruba księga, bo dziś jak ktoś jedzie na tydzień do Pekinu to pisze potem książkę, zatytułowaną ‘Moje Chiny’. Jest w tym zawarte wykalkulowane oszustwo, bo dziś można wszystko „wygooglować” opatrzyć to kilkoma zdjęciami i jakimś akapitem wskazującym, że autor był na miejscu i już powstaje wrażenie, że historia została złapana za ręce. A to jest tylko powielanie tego, co już jest w obiegu, jest tego mnóstwo, tylko, że to jest jednostronny zalew. Każdy temat jest wałkowany w ten sam sposób w oparciu o przeżute komunały.

 

Kronika końca świata jest esejem reporterskim. Skondensowany zasób wiedzy oraz wyszukany dobór słownictwa powodują, że nie jest to książka dla każdego. Jakie są twoje obserwacje po jej wydaniu? Jakich komentarzy się spodziewałeś?

Dzisiaj wszystko jest łatwe i czytelnicy się rozleniwiają, Jak w ostatniej fazie, kiedy przygotowywaliśmy książkę do druku zadbałem o to, by uczynić ją przystępną. Rozbudowałem niektóre fragmenty, wyjaśniłem sporo rzeczy. Oczywiście mógłbym dołożyć jeszcze spokojnie ze sto stron i wyłożyć kawę na ławę. Tylko po co? Oczywiście słyszałem, że to trudno się czyta, ale były też komentarze, które bardzo mi się spodobały, że książka zmusza do tego, by sięgnąć gdzieś dalej i rozszerzyć swoją wiedzę. 

 

Kronika końca świata 2

Mistrz Azji w reżyserowaniu reklam pralek, skuterów i mrożonej kawy w puszkach zamienił halę na przedmieściu Tajpej w paryskie lotnisko de Gaulle'a (fot. Jakub Mielnik)

 

Czy Kronika końca świata jest, oględnie mówiąc, zbiorem popełnionych przez Ciebie wcześniej felietonów, nieco rozbudowanych i dopowiedzianych historii?

Około połowę książki stanowią materiały, których źródłem były publikowane wcześniej teksty, co oczywiście nie oznacza skopiowania  czegoś, co ukazało się w gazetach. Redakcje mają często swoją wizję tematu, sposobu ukazania oraz miejsca, zakresu, w którym można to opisać. Jest to szczególnie trudne biorąc pod uwagę, że jedzie się na drugi koniec świata, a tematy same się nasuwają. Z biegiem lat okazało się, że tego, co można uznać za ścinki z tematów niewykorzystanych, jest o wiele więcej i jest lepsze od tego, co zostało opublikowane.

 

Jak ułożyła się droga wiodąca do wydania książki? Czy długi był czas oczekiwania na wydawnictwo, które ją wyda?

Kilka lat to zabrało. Jednak przyznam, że nie było też specjalnego zacięcia we mnie. Jak zdarzała się jakaś okazja, żeby to komuś zaprezentować, to tak robiłem. Za sukces uznawałem, jeśli udało się uzyskać odpowiedź odmowną. Zanika elementarna kultura wśród wydawnictw. Mówię z własnego doświadczenia. Sam jestem redaktorem,  zgłaszają się do mnie autorzy oferując różne teksty i naprawdę, odpisanie choćby zwyczajowego: nie, dziękuję, naprawdę nie boli. Z drugiej strony odpowiedzi odmowne też były pouczające: szczególnie, gdy poważne wydawnictwo odpisało, że nie wydrukuje „Kroniki” ze względu na brak należytego szacunku do obcych kultur. Te odpowiedzi utwierdziły mnie w przekonaniu, że moje intencje zostały w należyty sposób zrozumiane.

 

Dalej pracujesz jako reporter?

Teraz mniej piszę, więcej redaguję. Myślę bardziej koncepcyjnie o zawartości gazety. Bardziej ją wymyślam, zlecam…

 

…wysyłasz młodych ludzi w świat?

Teraz niestety nie jest to już takie proste, ze względu na to, że prasa ma coraz mniej pieniędzy i wysyłanie reporterów w świat jest praktycznie niemożliwe.

 

Czyli wracamy trochę do początków Twojej pracy, pozornie trudniej było podróżować?

Właśnie między innymi o tym piszę. Świat się otworzył i przez to spowszedniał, jakby mniej nas, czyli media, interesuje. Moje pokolenie wzięło udział we wzlocie mediów w Polsce, a teraz mamy okazję brać udział w ich „zlocie”. Staramy się ten proces opóźnić, jak tylko się da, nie zawsze z dobrym skutkiem. Jeśli mówimy w kontekście tej książki o pewnego rodzaju końcu świata, to z pewnością jakaś epoka się już skończyła.

 

Kronika końca świata 3

Tokio napędzały halucynogenne grzyby z Hawajów i stary polski jazz, sprowadzany na płytach z Berlina (fot. Jakub Mielnik)

 

Czyli tytułowy koniec świata można uznać za dość uniwersalny zabieg w różnych odniesieniach?

To jest taka figura retoryczna. Tak jak na końcu piszę, jest to proces ciągły. O to chodzi, żeby świat upadał a niekoniecznie, żeby upadł. Jak sięgniemy po zapiski sprzed 1000 lat, to też w nich znajdziemy tego typu odniesienia. Gdybyśmy byli nieśmiertelni, pisalibyśmy o tym, jaki wspaniały postęp dokonuje się na naszych oczach, jak świat się staje lepszy. Ponieważ powoli umieramy, te punkty widzenia są nieco inne. Wydało mi się to bardzo nośne i pasowało mi do opowieści.

 

Podróżowałeś ze swoją wieloletnią partnerką – z żoną. Pojawiło się może zatem na mapie waszych podróży miejsce, o którym pomyśleliście w kategoriach osiedlenia się?

Filipiny są takim miejscem, w którym wydawało mi się kiedyś, że mógłbym zostać dłużej. Mam przyjaciół, którzy tam wciąż mieszkają. Myśleliśmy nawet kilka lat temu, żeby zabrać nasze dzieci w miejsca, które były dziewicze kilkanaście lat temu. Napisałem maila do znajomego Koreańczyka, który wynajmował tam domy wśród palm na plaży. Bardzo przyjemna okolica. Dowiedziałem się, że cała laguna zabudowana jest teraz ekskluzywnymi domami na palach, gdzie przyjeżdżają głównie zamożni turyści. Skończyła się wioska, w której świnie ryły w piasku na plaży w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia. Jest kurorcik z celebrytami na wakacjach. Dziewicze miejsca nie są wieczne.

 

W jakie regiony gna Cię teraz ciekawość?

Coraz trudniej o młodzieńczą ciekawość. Kompletnie przestały mnie interesować sytuacje typu wojny, kataklizmy, bo to jest jeden mechanizm. Zmienia się tylko położenie geograficzne. Wystarczy zobaczyć  finalistów dorocznej nagrody World Press Photo. Poznajemy ciągle te samą historię cierpienia na kolejnej wojnie. Jacyś biedacy niosą trupa, ktoś opłakuje swoje dzieci na tle ruin, albo smutni uchodźcy odjeżdżają pokiereszowanymi autobusami w nieznane, tęsknie spoglądając w obiektyw przez zaparowane szyby. Jest w tym dramat, ale to jest co roku ten sam dramat. To mnie kompletnie nie interesuje. Mam kilka sprecyzowanych pomysłów, które warto byłoby zrealizować na piśmie, ale one nie są konkretnie przypisane do miejsca. Bardziej interesuje mnie historia, którą mogę, ale przecież niekoniecznie muszę opowiedzieć. 

 

 

Monoloco poleca:

 

Kronika końca świata 4

 

 

Jakub Mielnik "Kronika końca świata"

Wydawnictwo Poznańskie

 

 

  

  

 


Podziel się




PODOBNE ARTYKUŁY