O podróżach, turystyce i przemyśle filmowym w Korei Północnej - rozmowa z Nickiem Bonnerem

Roman Husarski Podróże  Wywiad

Nicholas Bonner to człowiek o niezwykłej osobowości. Zajmuje się malarstwem, plakatem, architekturą, filmem i... Koreą Północną. Założone przez niego biuro podróży Koryo Tours (http://www.koryogroup.com) jest jednym z najstarszych i najbardziej aktywnie działających w Koreańskiej Republice Ludowo Demokratycznej. To właśnie z nimi pojechałem na XIV Festiwal Filmowy w Pyongyangu. Nicholasa próbowałem złapać jeszcze w Korei Północnej, ale zawsze mijał mnie w biegu. Ostatecznie spotkaliśmy się na Skypie i na spokojnie, przy herbacie, porozmawialiśmy o podróżach, turystyce i przemyśle filmowym w Korei Północnej.

 

Z powodu wirusa Ebola Korea Północna zamknęła swoje granice dla turystów. Co to oznacza dla twojej pracy?

 

- To nie pierwszy raz kiedy taka sytuacja ma miejsce. W 2003 na przykład zamknięto chwilowo granice z powodu SARS. To wydarzenie jest trochę bezprecedensowe. Zazwyczaj to Chiny bywały pierwsze w podejmowaniu decyzji... jeśli wiesz, co mam na myśli. Swoją drogą reakcja Korei na Ebolę jest najbardziej radykalna na świecie. Granice z pewnością pozostaną zamknięte do końca roku, jednakże w lutym mamy nadzieję być tam z powrotem.

 

Ponoć podróżujesz do Korei Północnej przynajmniej raz w miesiącu od ponad dwudziestu lat...

 

- Tak jest, od 1993 roku.

 

Co sprawiło, że tak bardzo pochłonął cię ten kraj?

 

- Studiowałem architekturę w Pekinie. Tak się składa, że Korea, a potem Japonia przejęły chiński styl budownictwa. Chciałem zobaczyć w jaki sposób w poszczególnych krajach idee pochodzące z Chin, zostały przekształcone i dostosowane do nowej rzeczywistości. Dlatego podróżowałem. W Korei Południowej nadarzyła się okazja, by odwiedzić Północ. Znalazłem miejsce tak fascynujące, że zacząłem tam ciągle przyjeżdżać. Dzięki poznanemu w Pekinie Koreańczykowi udało nam się zdobyć ważne kontakty. Dopiero w 1997 w Korei pojawiła się specjalna administracja zajmująca się turystyką. W tamtym okresie praktycznie nikt tam nie podróżował, a oni chcieli to zmienić. Tak rozpoczęliśmy naszą działalność.  Do dziś specjalizuję się przede wszystkim w podróżach do Korei Północnej. Tak, jesteśmy biurem podróży, ale od początku propagujemy świadomą turystykę. Chcemy pokazywać, jak kraj wygląda naprawdę, stawiamy na interakcję. Dlatego organizujemy uczestnictwo w takich wydarzeniach jak Festiwal Filmowy w Pyongyangu, czy wycieczki poświęcone architekturze.

 

Wspominałeś, że gdy zaczynaliście, turystyka praktycznie nie istniała, ale to właśnie pod koniec lat 80. w Pyongyangu rozpoczęto budować ponad 300 metrowy Ryugyong Hotel, przypominający gigantyczną piramidę.

 

- Dokładnie w 1987 roku. Hotel zresztą wciąż nie został ukończony. Swoją drogą w latach 80. Polska również nie była specjalnie otwarta dla turystów, prawda?

 

Nie da się zaprzeczyć. Mógłbyś opowiedzieć więcej na temat swojej przyjaźni z Koreańczykiem, którego poznałeś w Chinach?

 

- Był studentem języka chińskiego w Pekinie. Chodziliśmy razem grać w piłkę nożną. Po powrocie do kraju zadzwonił do nas i zaproponował współpracę. Wtedy już zajmował się turystyką. Przedstawił sprawę jasno: „Nikt tu nie przyjeżdża. Może moglibyście sprowadzić do nas jakichś ludzi?”. Swoją drogą do dziś się przyjaźnimy. Jestem wujkiem dla jego dzieci.

 

Z powodu naszej historii, w Polsce postrzegamy przede wszystkim Koreę Północną jako państwo komunistyczne..

 

- Wiesz, to faktycznie bardzo skomplikowane. Korea wymyka się jednoznacznej ocenie, jednakże jeśli miałbym nazwać jakoś ten system, powiedziałbym: czerwony konfucjanizm.

 

Mógłbyś powiedzieć coś więcej na temat wpływów konfucjańskich w Korei Północnej?

 

Konfucjanizm w Korei Północnej to podstawa. Jest to niezwykle silny prąd w myśleniu Koreańczyków i to od wieków. Podstawą jest rodzina, z której dominująca rola ojca przenoszona jest na liderów. Nawet dżucze i sposób, w jaki prowadzona jest polityka kraju, przesiąknięte są myślą konfucjańską. Szczególnie uważałbym z pojęciami takimi jak leninizm czy marksizm, odnośnie Korei. To kraj o bardzo indywidualistycznym podejściu, powiedziałbym wręcz dynastyczny.

 

Można powiedzieć, że to za sprawą położenia Korei, jej historii i uzależnienia się od Związku Sowieckiego, kraj ten przez lata pojawiał się w komunistycznej masce.

 

Dokładnie, zresztą Koreańczycy nie nazywają siebie komunistami, oni wolą mówić, że są socjalistami. Do tego przede wszystkim starają się dbać o dobre imię swojego kraju. W sumie to wszystko to niezły miszmasz.

 

Prawdę mówiąc odniosłem wrażenie, że jest to społeczeństwo niezwykle konserwatywne.

 

To prawda i to pod wieloma względami. Od kwestii narodowych, po obyczajowość w społeczeństwie.

 

Istnieje wiele mitów i plotek odnośnie Korei Północnej. Czy któraś wydaje ci się szczególnie absurdalna? Na przykład swego czasu krążył po polskich mediach film pokazujący zwycięstwo Korei Północnej w mistrzostwach świata w piłce nożnej. Miał być to przykład absurdalnej propagandy, ale wszystko okazało się żartem południowokoreańskiego blogera. Kiedyś czytałem też o rzekomych rzeszach Koreańczyków uzależnionych od narkotyków.

 

Oglądałem mistrzostwa z Koreańczykami w Korei Północnej, podczas kręcenia „Towarzyszka Kim uczy się latać”. Wiele razy rozmawiałem też tam z ludźmi na temat piłki nożnej. Co do narkotyków, to nie sądzę. Jak widać mitów jest mnóstwo. Trzeba tu po prostu przyjechać. To był też powód, dla którego zaczęliśmy robić filmy dokumentalne w Pyongyangu. Chcieliśmy przybliżyć światu rzeczywistość tego kraju. Prawdę mówiąc, to Polacy pierwsi rozpoczęli kręcenie dokumentów w Korei.

 

To prawda, Andrzej Fidyk nakręcił w 1989 roku film pt. „Defilada”.

 

Dokładnie, potem powstało trochę więcej filmów. Większość przesadzonych, ponieważ ten kraj jest bardzo zamknięty. Ciężko potwierdzić, czy coś jest prawdziwe czy nie, wszystko można powiedzieć, bez możliwości sprawdzenia.

 

Właściwie, ilu turystów przez te lata sprowadziłeś do Korei?

 

Nie jestem w stanie Ci odpowiedzieć. Obecnie co roku zabieramy do KRLD ok. 2000 ludzi.

 

To całkiem sporo!

 

Porównaj to z jakimś małym historycznym miasteczkiem w Polsce. 2000 tysiące osób możemy tam sprowadzić w weekend, bez żadnych problemów. Korea Północna jest nieporównywalna. To jest w ogóle śmieszne! Teraz jeszcze zamknięto nam nagle granice kraju. Jak widać dla Korei turystyka wciąż ma niewielkie znaczenie.

 

Czy zdarzyły się jakieś szczególne problemy w związku z turystami przez cały okres działalności turystycznej?

 

Nie bardzo. Sam dobrze wiesz, że przygotowujemy każdego dokładnie. Wszystkie zasady są dobrze znane przed wyjazdem. Każdy więc wie, na co uważać, i raczej nie ma potem zaskoczeń. 

 

A co z ludźmi takimi, jak dziennikarz BBC John Sweeney, którzy wjeżdżają do Korei Północnej na wizie turystycznej i kręcą filmy z ukrycia?

 

John Sweeney nie jechał z Koryo, ale fakt, zawsze znajdzie się dziennikarz szukający tematu. Tyle, że można uzyskać pozwolenia na kręcenie dokumentu. To oczywiście dużo więcej pracy, ale jest to możliwe. My w naszych dokumentach pokazaliśmy nieporównywalnie więcej informacji od Sweeneya. Oczywiście pozwolenie na kręcenie jest wydawane na specjalnych warunkach, jednakże wciąż można tyle powiedzieć. Dla przykładu w „Stanie umysłu” pokazujemy historie różnych ludzi, od profesora Uniwersytetu po zwykłego robotnika. Mieliśmy kontakt z ludźmi.

 

Wracając do turystyki, jednak zdarzyła się sytuacja kiedy wasza działalność została zamknięta z powodu dziennikarzy-turystów?

 

To prawda, to było w latach 90. Nie jestem tylko pewny, czy to z powodu dziennikarzy. W każdym razie faktycznie pewne ryzyko zawsze istnieje, dlatego przed przyjechaniem do Korei podpisuje się zobowiązanie o niepublikowaniu niczego bez naszej zgody. To sprawia, że ludzie są dużo bardziej prawdomówni.

 

Jak utrzymujesz zaufanie z KITC? (Korea International Travel Company to jedno z najważniejszych biur turystycznych w Korei Północnej, wiele zachodnich firm kontaktuje się właśnie z nimi)

 

Pracujemy z pracownikami rządowymi, oficjelami jak i zwykłymi przewodnikami. Takie biuro jak KITC ma swoje obowiązki, bierze odpowiedzialność za turystów, których wpuszcza do kraju. Muszą uważać, ale tak było w Chinach i tak zapewne było też w Polsce. Mają pewien schemat, co pokazywać gościom z zagranicy. Jednak cały czas ich naciskamy: otwórzcie to, wpuśćcie nas tu, pozwólcie turystom uczestniczyć w Festiwalu Filmowym itd. Mówimy im: Jeśli chcecie mieć więcej turystów, musicie bardziej się otworzyć. Nasza współpraca polega na zaufaniu. Pracownicy też są różni. Przede wszystkim chcą, by ludzie przyjeżdżali i by byli zachwyceni ich krajem. Zresztą czy są przewodnicy, którzy by tego nie chcieli? Oni nie są też robotami, mają różne pomysły. Myślę, że zauważyłeś to u swoich przewodników. Nie powtarzają tylko rządowych sloganów, mają swoje osobowości. A jeśli ci zaufają, na pewno dowiesz się też więcej.

 

Co byś powiedział ludziom, uważającym podróże do KRLD wyłącznie za wspieranie zbrodniczego reżimu?

 

Tak bardzo wspiera, że rząd nagle zamyka cały kraj? Turystyka to wciąż niewiele znacząca część budżetu Korei. Zgodzę się, że jeśli przyjeżdżasz tu tylko po to, by pojeździć dookoła i traktujesz ten kraj jak zoo, to faktycznie nie ma to wielkiego sensu. Dlatego Koryo Tours stawia na interakcje i wymianę kulturową. Część procesu otwierającego kraj opiera się na dialogu, a turystyka to absolutnie pierwszy krok. Tak było z Chinami, tak było z Wietnamem etc. Jeśli ktoś wierzy w izolację, to jego sprawa. Ja nie wiedzę w takim działaniu sensu. To jest też taki kraj, gdzie właściwie nie da się pójść z izolacją jeszcze dalej.

 

Chciałbym wypytać Cię jeszcze o filmy. Który film we współpracy z Danielem Gordonem był najtrudniejszy?

 

Prawdopodobnie „Crossing the line” był najtrudniejszym filmem. Musieliśmy pojechać do Ameryki i Japonii oraz uzyskać od Korei niesamowicie duży dostęp do informacji. Jednakże prywatnie dla mnie najtrudniejszy był „Stan umysłu”. Przez rok robiliśmy zdjęcia, przez ten czas ciągle spotykaliśmy się i rozmawialiśmy z dwiema rodzinami. Niekończące się wywiady i obserwacja były męczące, ale dały końcowy efekt. Co do Daniela, to poznałem go lepiej w latach 90., kiedy przyjechał do Korei napisać książkę o stadionach sportowych. Wydał mi się trochę ekscentrykiem. Kto pisze książki o stadionach sportowych? Kto to niby kupi? Ale okazało się, że tacy ludzie istnieją. Sport zbliżył nas do siebie, po prostu połączyliśmy temat piłki nożnej z Koreą i tak wpadliśmy na pomysł „The game of their lives”.

 

Czy miałeś okazję spotkać się z Jamesem Dresnokiem po zakończeniu „Crossing the line”? (Dokument opowiada o amerykańskich dezerterach wojennych, którzy zamieszkali w Korei Północnej)

 

Tak, spotykałem się z nimi wszystkimi. Z dziewczynami ze „Stanu umysłu”, z żołnierzami, z piłkarzami, robotnikami. Widuję ich regularnie. Johnowi Dresnokowi film bardzo się spodobał, ale nie ma się on najlepiej w tym momencie.

 

Film faktycznie pokazywał, że lubi używać życia.

 

Zgadza się i to było też dobre dla niego, by przyjrzeć się swojemu postępowaniu z zewnątrz. Po projekcji obiecał , że zrobi wszystko, by jego dzieci go nie porzuciły. To z pewnością było emocjonalnie wyczerpujące dla niego.

 

Od pewnego czasu widać pewne zmiany w kinematografii koreańskiej. Pokazywany na festiwalu film „Po drugiej stronie góry” jest tego świetnym przykładem. Powiedziałbym, że coś drgnęło po premierze „Towarzyszka Kim uczy się latać”.

 

Nie widziałem jeszcze „Po drugiej stronie góry”, więc nie moge się wypowiedzieć. Mieliśmy sporo problemów z zaakceptowaniem przez władze „Towarzyszki Kim”, najpierw wielokrotnie nasz scenariusz był odrzucany. Już mieliśmy porzucić projekt, gdy nagle udało uruchomić się pewne znajomości i dostaliśmy zielone światło. Faktycznie chcieliśmy zrobić coś nowego. Najważniejsze, że zostało to zaakceptowane i spodobało się koreańskiej publice. Nasz film niesie ważną wiadomość: można robić filmy mniej polityczne, za to bardziej rozrywkowe.

 

 

Udało ci się ściągnąć do kin Korei Północnej film „Jaś Fasola Nadciąga totalny kataklizm”. To pierwszy raz w historii, kiedy w tym kraju pokazuje się film zrealizowany w Ameryce. Jak tego dokonałeś? Jaka reagowała publika?

 

Pracowaliśmy nad tym z  Ambasadą Brytyjskią i Ealing Studios bez większych nadziei. Tym bardziej zaskoczył nas sukces tego filmu. Jaś pokazywany był w całym kraju. Po raz pierwszy mieszkańcy Korei Północnej mieli okazję zobaczyć deskorolkę, nie mówiąc już o życiu w Ameryce.

 

Po tylu latach pracy w Korei, czy widzisz jakieś zmiany w tym kraju?

 

To bardzo trudne pytanie. Oczywiście pewne zmiany zachodzą, tak jak wszędzie, jednakże porównując z tym, co dzieje się na przykład w Chinach, to w Korei Północnej nie zmieniło się nic. Dzieje się teraz coś nowego na poziomie dyplomacji, ale to wszystko jest na niezwykle delikatnym poziomie. Dlatego jestem tak dumny z naszej pracy nad otwieraniem Korei, z niesienia informacji o tym kraju reszcie świata. Jednakże można by zrobić duuużo więcej. Niestety obserwujemy absolutny brak zainteresowania, nie tylko Korei Północnej, ale i ze strony reszty świata. Sankcje ekonomiczne mogą się dla wielu wydawać sensowne, ale pozostawianie tego kraju nie zmieni absolutnie niczego. Jest bardzo ważne zwłaszcza, by nie przerywać tej niewielkiej, ale istotnej wymiany kulturowej. Myślę, że Polska z okresu komunizmu jest idealnym przykładem na to, jak posiadanie szerszych informacji może wpłynąć na tworzenie się pewnych... sytuacji.

 

Gdybyś na koniec mógł powiedzieć, dlaczego lepiej wybrać Koryo od innych, czasem tańszych biur podróży...

 

Zawsze jest wybór. Jeśli pieniądze są dla ciebie najbardziej istotne, to możesz jechać na jeden z tych tanich wyjazdów objazdowych. My możemy z dumą podkreślić, że posiadamy dużo większe możliwości. Sam widziałeś jak wyglądał nasz pobyt w na festiwalu filmowym. Spotykaliśmy się z aktorami, producentami, montażystami. Robiliśmy rzeczy, o których inne biura nie mogą nawet pomarzyć. To dlatego, że jesteśmy zaangażowani, współpracujemy blisko z Koreańczykami i po prostu solidnie przygotowujemy nasze wycieczki. Wystarczy zresztą odwiedzić naszą stronę (http://www.koryogroup.com), poczytać naszego bloga i zobaczyć ile robimy. To tak jak kupowanie coli, możesz kupić oryginalną coca colę bądź północnokoreańską podróbkę (śmiech). Wybór należy do ciebie.

 

 


Podziel się




PODOBNE ARTYKUŁY

Nie mogę żyć bez kimchi

Nie mogę żyć bez kimchi

Listopad to czas, kiedy nawet na pustyni można złapać grypę. Gdy jestem przeziębiona moje myśli krążą wokół pikantnych dań lub owoców wypełnionych witaminą C. Po dwóch dniach pomarańczy, kiwi, herbaty z cytryną o...

Agata Plich Agata Plich
11 listopada 2014
Świat na talerzu
Autostopem przez Koreę

Autostopem przez Koreę

Jeden z największych polskich portali podróżniczych informuje, że autostop w Korei Południowej się nie sprawdza. Powodem ma być zamknięty charakter narodu koreańskiego i ich brak znajomości tego środka transportu....

Remus Remus
12 lutego 2013
Autostop
Festiwal Błotny w Boryeong

Festiwal Błotny w Boryeong

Dręczą Cię niespełnione marzenia z dzieciństwa o bezkarnym taplaniu się w błocie ? Nic więc straconego, ponieważ co roku w Korei Południowej odbywa się festiwal błotny na plaży, do którego spokojnie możesz się...