Wszystko jest możliwe - rozmowa z Markiem Lenarcikiem, autorem "Tajskiego epizodu z dreszczykiem"

Joanna Składanek Podróże  Wywiad

W 2009 roku pokazał środkowy palec szefowi korporacji, w której pracował i wyjechał do Azji. Uczył na uniwersytecie w Tajlandii, importował sobie dziewczynę z Kolumbii i znalazł pracę życia w Birmie. O tym, że wszystko jest możliwe, rozmawiamy z Markiem Lenarcikiem, którego debiutancka książka, "Tajski epizod z dreszczykiem" już niebawem ukaże się w księgarniach na terenie całego kraju.

Plemię Padaung. Loikaw, stan Kayah, Birma (fot. Marek Lenarcik).

 

Zanim na dobre się rozkręcimy, może rozwiejemy wszelkie wątpliwości... Powiedz nam: Birma czy Myanmar?

Junta wojskowa w 1989 r. przyjęła angielski zapis nazwy kraju „Myanmar” (Union of Myanmar) zamiast dotychczasowej formy „Burma” (Union of Burma), przy czym zmianie nie uległa nazwa birmańska „Myanma”. Zmianie uległy też nazwy wielu miast, rzek i obiektów. I tak na przykład Rangun został przemianowany na Yangon, Pagan na Bagan, a rzeka Irrawaddy na Ayeyarwaddy. Ponieważ zmiana nazw angielskich nie została zaaprobowana przez żaden organ ustawodawczy Birmy, nowa forma nie jest uznawana przez część krajów. Nasi brytyjscy i australijscy klienci na przykład cały czas jeżdżą do "Burma", wycieczkę zaczynaja w "Rangoon", a świątynie podziwiają w "Pagan". W 2012 r. w Polsce, Komisja Standaryzacji Nazw Geograficznych ustaliła krótką nazwę państwa Mjanma z zastrzeżeniem, że nazwą wariantową pozostaje Birma. Ja naprzemiennie używam "Birma" lub "Myanmar" w różnych przypadkach. Ani "Mijanma" ani "Związek Mijanmy" do mnie nie trafiają. Nie wiem ile osób natychmiast skojarzy, jeśli powiem im, że mieszkam w Związku Mijanmy albo w Mijanmie...

 

Praca polegająca na podróżowaniu po Birmie brzmi jak marzenie dla wielu z nas. Czy jest tak dobrze, jak sobie wyobrażamy?

To zdecydowanie najciekawsza i najlepsza praca jaką kiedykolwiek miałem. Podróżowanie po Birmie to jednak tylko jeden z jej elementów. Trzeba też trochę posiedzieć w biurze w Rangunie, przygotować nowe produkty (programy dla turystów), przygotowywać i wysyłać newslettery do naszych zagranicznych partnerów, utrzymywać dobre relacje z hotelami, restauracjami i tak dalej.

 

Czy są jakieś słabe strony tej pracy?

Pracując w biurze podróży takim jak moje możesz zapomnieć o nazwijmy to podróżowaniu "przygodowym". Mój typowy dzień "podróżniczy" zaczyna się od tego, że odbiera mnie kierowca z przewodnikiem, wiezie na lotnisko i eskortuje niemalże do samolotu. Po wylądowaniu odbiera mnie drugi przewodnik z kierowcą i razem jedziemy w teren. Czasem mam ochotę urwać się z tej smyczy i z pewnością będę to robił regularnie na moich wakacjach. Czasem Twoje plany w okresie na przykład świąt nowego birmańskiego roku biorą w łeb, bo akurat przyjechali przedstawiciele najważniejszego brytyjskiego klienta i zażyczyli sobie, żeby w trzytygodniową trasę pojechał z nimi jakiś menadżer. Samo mieszkanie w Birmie też nie należy do najłatwiejszych. Bariera językowa, kulturowa, kilkugodzinne przerwy w dostawie prądu przynajmniej raz dziennie potrafią dać się we znaki na dłuższą metę... 

 

Na rzece Dokhtawady w Hsipaw. Północny Stan Szan, Birma.
 

To nie jest Twój pierwszy pobyt w tym kraju. Powiedz, czy coś się zmieniło od czasów pierwszej wizyty?
Zmiany jakie zaszły tu w ciągu ostatnich 18 miesięcy widoczne są gołym okiem. Na ulicach pojawiło się sporo nowych samochodów, bo rząd zezwolił na ich import, obniżył opłaty celne i wprowadził program złomowania aut, które już dawno nie powinny jeździć. Co chwila otwierają się nowe restauracje, bary, kina, centra handlowe, hotele. Uliczni handlarze otwarcie sprzedają portrety Aung San Suu Kyi tuż obok posterunków policji, a ludzie dumnie noszą koszulki z wizerunkiem National League for Democracy. Gdy "The Lady" była w areszcie domowym, nie zauważyłem takiej otwartości.

 

Ostatnimi czasy, dzięki demokratycznym reformom możemy zaobserwować duże zmiany organizacyjne w państwie. Birma staje się otwarta na turystów. Jakie są Twoje prognozy dotyczące tego kraju?
Birmańczyków cechuje tak zwany "ostrożny optymizm". Tłumnie ruszyli do wyborów uzupełniających 1 kwietnia gwarantując opozycji 43 z 44 kontestowanych miejsc w parlamencie. I choć wybory te nie zmieniły specjalnie układu sił w birmańskiej polityce, to miały ogromne znaczenie symboliczne. A symbolika w Azji jest o wiele ważniejsza niż na przykład w Europie. Wszyscy czekają na właściwe wybory w 2015 roku, które potencjalnie przesądzą o przyszłości kraju. Wystarczy chwilę dłużej posiedzieć w Birmie by zrozumieć, że już nie ma złej junty wojskowej i dobrej opozycji. W obecnym, cywilnym już rządzie i parlamencie zasiada wielu generałów, ale panuje wśród nich wyraźny podział na reformatorów i tych, którzy boją się zmian i woleliby zachować status quo. Nie mam wątpliwości co do intencji Aung San Suu Kyi, ale jestem przekonany, że i w jej partii jest wielu karierowiczów, dla których demokratyzacja kraju ma trzeciorzędne znaczenie. Zakładam, że kraj będzie powoli się otwierał i zachodzące zmiany są nieodwracalne. Nie dlatego, że byli generałowie nagle pokochali demokrację, a dlatego że birmańskie otwarcie bardziej im się opłaca, głównie pod względem finansowym.

 

Plaża na wyspie Macleod. Archipelag Mergui, Birma.


Czy to znaczy, że obszary będące obecnie poza zasięgiem turystów staną przed nami niedługo otworem?
Zamknięcie wielu obszarów dla turystów ma związek z niespokojną sytuacją polityczną tam panująca. Myanmar to kraj, w którym mieszka ponad 100 narodowości/plemion z długą historią konfliktów etnicznych. Wieloletnia polityka siłowej "birmanizacji" mniejszości etnicznych nie przyniosła oczekiwanych rezultatów. Jeśli gdzieś nie możemy wjechać to raczej nie dlatego, że rząd ma taki kaprys, a dlatego, że możemy tam dostać kulkę, wejść na minę albo zostać porwanym. Rząd zdaje się wyciągać rękę na zgodę do skonfliktowanych mniejszości, ale zaufanie po obu stronach, naturalnie jest bardzo ograniczone. W marcu podpisano porozumienie z mniejszością Karen zamieszkującą stan Kayah. Natychmiast otworzono dla turystów miasteczko Loikaw - stolicę stanu, w którego okolicach można zobaczyć m.in. "kobiety o długich szyjach". Nadal potrzebne jest pozwolenie na wjazd, ale łatwo je dostać przez dowolne duże biuro podróży. Obok Loikaw znajduje się droga wzdłuż której leżą cztery wioski zamieszkiwane przez cztery różne plemiona. Gdy byłem tam w kwietniu tego roku, droga była zamknięta, a nasze pozwolenie nie umożliwiało wjazdu tam. Kilka tygodni temu dostaliśmy informację od Ministerstwa Hoteli i Turystyki, że już możemy jechać. Nasz przewodnik w regionie pojechał potwierdzić tą informację z władzami lokalnymi, które stwierdziły, że jeszcze nas nie wpuszczą, a urzędasom z Rangunu nic do tego. "To jest Birma!" chciałoby się powiedzieć...

 

Wracając do Twojego pytania - jeśli rząd na serio chce otwierać i modernizować kraj, to musi w końcu zakończyć konflikty etniczne. Ich zakończenie stopniowo otworzy nowe regiony dla turystyki. Będzie to jednak pewnie czasochłonny proces.      

 

Wioska animistów w okolicach Kengtung, Złoty Trójkąt, Birma.


Zanim jednak wylądowałeś w Azji Południowo-Wschodniej, miałeś ciepłą posadkę w dużej korporacji. Co spowodowało, że postanowiłeś rzucić to wszystko i wyruszyć przed siebie?
Pracuję od 16-roku życia. Pierwsze rozsądne pieniądze zarobiłem na pisaniu. Robiłem to przez wiele lat. A pisanie to ciągle coś nowego, nieregularne godziny pracy, siedzenie po nocach i redakcyjne narady przy wódce w niedzielę o 4 nad ranem. Po kilku latach takich doświadczeń nagle wylądowałem za korporacyjnym biurkiem, gdzie musiałem kiblować od 9 do 17 niezależnie od tego czy miałem coś do roboty czy nie. Z biegiem czasu dorzucano mi obowiązków, choć pensja nie rosła adekwatnie. Korporacja to do tego specyficzna struktura, gdzie banda cwaniaków po studiach na przykład z psychologii próbuje Ci wmówić jak ważnym jesteś trybikiem w wielkiej machinie, że nigdy niekończący się wyścig szczurów po korporacyjnej drabince to jedyna droga do bycia szczęśliwym i że od tego czy zostaniesz dzisiaj w biurze do północy by wklepać do systemu jeszcze więcej zamówień zależą losy świata. Miałem 26 lat, byłem okropnie znudzony i nie kupowałem tych wszystkich sztuczek menadżerów. Całą historię swojego "odłączenia się od Matrixa" opisałem w pierwszym rozdziale mojej książki zatytułowanym "Pieprzyć korporację!"    


Nie obawiałeś się konsekwencji?
Założyłem, że porażka nie wchodzi w grę. Sprzedałem wszystko co miałem, wziąłem trochę kasy, kupiłem bilet w jedną stronę i poleciałem. Miałem ambitny plan zostania znanym korespondentem zagranicznym. Życie brutalnie sprowadziło mnie na ziemię więc zrealizowałem plan B - uczyłem angielskiego na uniwersytecie w Bangkoku. Niespodziewanie pojawiły się możliwości działania w turystyce. Zdobyłem trochę doświadczenia zarówno w Azji jak i Ameryce Południowej. Poznałem mnóstwo ludzi. I dzięki nowym kontaktom wpadało mi zlecenie za zleceniem, które ostatecznie przerodziło się w fajną pracę w Birmie. Nie ma się czego obawiać. Co najgorszego może się wydarzyć? Nie uda Ci się? Nie znajdziesz pracy? To wrócisz do domu i zaczniesz wszystko od nowa. Ale przynajmniej spróbowałaś. Nie próbując, automatycznie przegrywasz. Prawdziwe życie zaczyna się tam, gdzie kończy się Twoja strefa komfortu.

 

Testowanie nowej trasy rowerowej dla klientów. Aung Ban - Indein, Stan Szan, Birma.


Od tamtej decyzji zdążyłeś już zwiedzić kawał świata. Czy te podróże czegoś Cię nauczyły?
Całego mnóstwa rzeczy! Organizacji, samodyscypliny, oceniania ryzyka, improwizacji, życia wśród odmiennej kultury... długo mógłbym wymieniać. Najważniejsza lekcja i porada zarazem to chyba uświadomienie sobie, że wszystko jest możliwe i że gdy jest bardzo źle to nie należy się martwić tylko działać, bo za chwilę będzie lepiej. Przykład? Siedziałem spłukany w Kolumbii. Kilku kluczowych klientów właśnie odwołało rezerwację. Niewielkie oszczędności właśnie się kończyły. Na ponad 100 aplikacji o pracę nauczyciela angielskiego w Kolumbii dostałem zero odpowiedzi. Nawet gdybym taką robotę dostał to zarabiałbym mniej niż w Azji żyjąc jednocześnie w nieporównywalnie droższym kraju. Byłoby to bardzo słabe życie. Wysłałem kilka (dosłownie!) aplikacji do Malezji. Dwa tygodnie później leciałem samolotem do Kuala Lumpur, gdzie czekała na mnie posada nauczyciela. Popracowałem miesiąc, by za chwilę dostać ofertę powrotu do turystyki na warunkach lepszych niż kiedykolwiek wcześniej. Mój kumpel był w podobnej sytuacji w Kolumbii, choć finansowo spadł pod kreskę i zaczął żyć na kredyt. Wszystko wyglądało beznadziejnie, ale nie stracił nadziei. Kilka miesięcy później znalazł pracę jako general manager prywatnej wyspy i hotelu się na niej znajdującego. Tak, zdecydowanie wszystko jest możliwe i nigdy nie jest tak źle, by nie mogło być lepiej!


Czy podczas tych podróży udało Ci się wyłapać znaczące różnice kulturowe pomiędzy Azją a Ameryką Południową?
Tych różnic nie trzeba wyłapywać. One uderzają Cię prosto w twarz. Na przykład w wielu krajach azjatyckich ludzie trzymają emocje na wodzy. Krzykiem i pieniactwem nic nigdy nie załatwisz, a jedynie pogorszysz swoją sytuację. W Ameryce Południowej krzyczą wszyscy i na wszystkich. W Azji publiczne okazywanie sobie czułości jest mocno nie na miejscu. w Ameryce Południowej dwie lesbijki całujące się przed barem to normalny widok. W Azji gdy jesteś biedny to widocznie zasłużyłeś sobie na taki los i musisz go zaakceptować. Może nabroiłeś w poprzednim życiu. Taka karma. Może przyszłe wcielenie będzie lepsze. W Ameryce Południowej gdy jesteś biedny to łapiesz za pistolet i idziesz zabrać tym, którzy mają więcej. Po spróbowaniu obu, zdecydowanie bardziej pasuje mi Azja. Jestem spokojnym człowiekiem, najpierw myślę, a potem działam. Ciężko mnie sprowokować. Nie działam pod wpływem emocji, a logiki i chłodnej kalkulacji. Tu czuję się jak ryba w wodzie.

 

Nurkowanie na wyspie San Andres, Kolumbia.

 

Ok. Różnice są piorunujące, jednak czy my, ludzie aż tak bardzo się od siebie różnimy? Czy pod przykrywką religii, kultury i tradycji nie jesteśmy w gruncie rzeczy tacy sami?

Większość znanych mi podróżników właściwie przemyka po różnych krajach spędzając tam od kilku dni do kilku tygodni. Podróżując w ten sposób można odnieść wrażenie, że zasadniczo niewiele się od siebie różnimy. Dopiero jednak gdy osiądzie się gdzieś na dłużej (w moim przypadku np. 18 miesięcy w Tajlandii), to zaczyna się zauważać, że to właśnie religia, kultura i tradycja jest tym, co definiuje nas jako ludzi. Z Tajami, a szerzej Azjatami nie mamy wspólnego kodu kulturowego. Rodzimy się w dwóch różnych częściach globu, wyrastamy w innych społeczeństwach o różnych religiach i wartościach w życiu. Oglądamy inne filmy, czytamy inne książki i śmiejemy się z różnych dowcipów. W Europie w cenie jest krytyczne myślenie, posiadanie zdania na każdy temat i kwestionowanie zastanej rzeczywistości jeśli to przyczyni się do jej poprawy. Tajów uczy się absolutnego posłuszeństwa wobec króla, mnichów, rodziców i generalnie osób starszych (tak wiekiem jak i stanowiskiem w pracy na przykład). W cenie jest akceptowanie wszystkiego takim jakim jest, a krytyczne myślenie czy analizowanie czegokolwiek, uczenie się na błędach to koncepty obce i nieznane. W Tajlandii normalne jest, że jeśli pożyczysz komuś pieniądze to prawdopodobnie nigdy już ich nie zobaczysz i co gorsza Tajowie nie będą widzieli w tym absolutnie nic złego. Jeśli Twój pożyczkobiorcza był starszy od Ciebie i zdecydował, że z jakichś przyczyn pieniędzy oddawać nie zamierza to on ma rację a Ty nie. Dlaczego? Bo jest starszy, a więc mądrzejszy, ma więc rację i już. Bez względu na absurdalność powodów, Ty prawdopodobnie jesteś zbyt młody i głupi, żeby zrozumieć co nim kierowało więc wszelkie wyjaśnienia są automatycznie zbędne. Po ponad rocznym pobycie w Tajlandii jedyne co mam wspólnego z Tajami to chyba to, że chodzimy na dwóch nogach...  

 

Z latynosami mamy chyba więcej wspólnego i łatwiej się z nimi dogadać i porozumieć na poziomie kulturowym. Pewne rzeczy jednak nie przestają mnie zadziwiać. Ostatnio "przyłapałem" swoją dziewczynę na ponad godzinnym przerzucaniu się inwektywami na Facebooku z byłą koleżanką ze studiów, której nie widziała od paru lat. Ponad 60 minut dziewczyny wyzywały się od najgorszych i gdyby nie dzielił je dystans 18,000 kilometrów to pewnie by się pozabijały. Dla mnie bzdura, bez sensu, marnowanie czasu, energii... ale oni nie potrafią bez tego żyć. Bez ciągłego dramatu i afer rodem z argentyńskiej telenoweli czują się jak ryby bez wody. Dlatego uśmiecham się tylko i daję jej się wyżyć w internecie. W innym wypadku cała ta negatywna energia pewnie uderzyła by prosto we mnie.

 

Z wizytą w rządowej szkole podstawowej na obrzeżach Rangunu odbudowanej po cyklonie Nargis (2007) za pieniądze naszych klientów. 


Odnoszę wrażenie, że masz dosyć duże doświadczenie w temacie kobiet. Powiedz, wielu złamałeś serce?
Zdarzyło się tu i tam, zwłaszcza gdy kobieta zbudowała sobie w głowie jakiś fantastyczny wizerunek mnie jako osoby, a w sercu wizję jakiegoś długiego, szczęśliwego związku. Poznałem kiedyś uroczą Ekwadorkę. Na pierwszym spotkaniu powiedziałem jej, że jestem tu tylko przejazdem i za trzy dni jadę dalej i nic z tego nie będzie. Zrozumiała, a i tak wylądowaliśmy w moim hotelu. Wyjechałem tak jak obiecałem, a ona długo męczyła mnie e-mailami, gdzie dopytywała kiedy do niej wrócę, żebyśmy mogli być razem. Na początku jej odpisywałem. To była na serio miła dziewczyna i normalnie było mi jej szkoda. Tłumaczyłem i wyjaśniałem, że nie mam planu zamieszkania w Ekwadorze, a ona ruszać się stamtąd też nie zamierzała. Nie pomogło. W końcu powiedziałem jej, że w Kolumbii poznałem kogoś nowego. Nawyzywała mnie od najgorszych i tak skończył się nasz "związek".  


Czytam właśnie Twoją książkę „Tajski epizod z dreszczykiem”. Trzeci rozdział a za nami namiętne noce z trzema różnymi Tajkami. Szczęście, urok osobisty, specjalna taktyka podrywania czy… po prostu Tajlandia?
Jeśli widziałaś kiedyś trochę Irlandek, to pewnie zrozumiesz, że do Tajlandii poleciałem nieco "wyposzczony".  Moje pierwsze tajskie doświadczenia z kobietami to chyba efekt tego właśnie postu, pewności siebie na granicy bezczelności i różnic kulturowych. Młody, przystojny, biały facet mieszkający w Phukecie stanowi ciekawą alternatywę wobec zapuszczonych, niemieckich emerytów. Czynnik finansowy (poluję na białego chłopaka!) pewnie też nie był bez znaczenia, choć nie zawsze, bo jedna z opisywanych na początku kobiet zarabiała chyba więcej niż ja i zdarzało jej się płacić za nasze randki. Do tego wydaje mi się, że tak w Ameryce Południowej jak i w wielu krajach azjatyckich, a na pewno w Tajlandii seks nie jest czymś szczególnym, co należy traktować niemalże z religijnym namaszczeniem. Seks jest fajny, nie ma w nim nic złego, a Tajki, Brazylijki czy Kolumbijki są równie ciekawe białych facetów jak my ich.

 

Amazonia, Ekwador.

 

Skoro jesteśmy już przy tematach damsko-męskich, posiadasz swój ideał kobiety?

Nie wierzę w ideały, choć w pewien sposób podświadomie wybieram określony typ kobiet. Preferuję dziewczyny spoza zachodniego kręgu cywilizacyjnego. Uważam, że są o wiele bardziej kobiece niż większość Europejek z którymi miałem do czynienia. Mam wewnętrzną potrzebę zaopiekowania się kimś  i nie lubię gdy moje logiczne decyzje są kontestowane przez kobiece hormony i nastrój numer 17 w którym kobieta akurat jest tego dnia. Jeśli o urodę chodzi to kręci mnie egzotyka i ciemniejsza skóra. 


A jeśli miałbyś porównać Azjatkę albo Latynoskę z Polką...
Polskie dziewczyny są najpiękniejsze na świecie! - Przykro mi drogie panie, ale w ten mit wierzy się chyba tylko w Polsce. W Zachodniej Europie gdzieś tam słyszeli, że podobno Polki są ładne, ale nikt nie słyszał że najładniejsze. Azjatki są statystycznie drobne, szczupłe, niskie, a przy tym słodkie, urocze i seksowne mimo, że w większości wypadków nie mają biustu.  W Ameryce Południowej mamy cały przekrój kobiet od raczej mało urodziwych potomków Indian po oszałamiające Brazylijki i Kolumbijki, które często wygrywają międzynarodowe konkursy piękności. Azjatki są uległe, wierne i cierpliwe, choć jak się wkurzą to może się to skończyć tak, jak opisałem to w książce lub o wiele gorzej. Latynoski są bardziej charakterne, wojownicze, drapieżne... Znajomy Polak mieszkający w Kolumbii powiedział mi, że łatwo je zdobyć, ale ciężko zatrzymać. To pierwsze mi się udało. Nad drugim obecnie pracuję.      

 

Zip-lining na wyspie Mindanao, Filipiny

 

Wróćmy jeszcze na moment do książki. Uważam, że jak na polską literaturę podróżniczą jest dosyć odważna. Nie boisz się, że zostaniesz negatywnie odebrany przez konserwatywnych Polaków?

Może wyda się to dziwne, ale kompletnie nie zależy mi, aby komukolwiek się przypodobać. Książka zawiera sporo seksu, bo było go dużo w tajskim epizodzie mojego życia. Mogłem oczywiście o tym nie wspominać, żeby przypodobać się większej ilości czytelników. Tyle, że opis długiego pobytu w Tajlandii bez seksu i prostytucji nie byłby prawdziwym obrazem tego kraju. Używam też ostrego języka. Nazywam rzeczy po imieniu tak w życiu jak i w pisaniu. Jeśli kogoś to boli to niech nie czyta. To nie jest obowiązkowa, szkolna lektura.

 

Do kogo właściwie skierowany jest "Tajski epizod z dreszczykiem"? 
Książka skierowana jest do ludzi ciekawych świata, Azji, Tajlandii. To nie jest opis podróży przez "Krainę Uśmiechu", a najciekawsze momenty ponad rocznego życia w tym kraju zebrane w jedną historię. To książka dla marzycieli, podróżników i obecnych lub przyszłych ekspatów.


Czy masz jakąś radę dla tych, którzy tak jak Ty kiedyś, marzą o tym, aby rzucić to wszystko i rozpocząć nowe życie, gdzieś na drugim końcu globu?
Jeśli czegoś pragniesz, uwierz, że jest to możliwe, a następnie to zrób. Podejmij decyzję, a następnie zrób wszystko, żeby to była dobra decyzja. Gdybyś mi powiedziała cztery lata temu, że będąc w Kolumbii można dostać robotę w Malezji po rozmowie kwalifikacyjnej na Skype albo, że będę miał świetną robotę w azjatyckim biurze podróży to popukałbym się w czoło. Zrobiłem jednak obie te rzeczy i wierzę, że wszystko jest możliwe.

 



Portal Monoloco.pl jest oficjalnym patronem medialnym debiutanckiej książki Marka Lenarcika, "Tajski epizod z dreszczykiem".

Więcej o książce na www.tajskiepizod.pl oraz na Facebooku: www.facebook.com/tajskiepizod
Zapraszamy także na bloga autora: http://www.zyciewtropikach.wordpress.com 


Podziel się




PODOBNE ARTYKUŁY

Jak zamieszkać w tropikalnym raju?

Jak zamieszkać w tropikalnym raju?

Zastanawiałeś się kiedyś jakby to było zamieszkać w tropikach? Zostawić szare polskie przedwiośnia, chłodny Bałtyk i zimowe roztopy, i przenieść się do ciepłego kraju, gdzie słońce grzeje zawsze? Leniu...